Tori Amos – Scarlet’s Walk
rok wydania: 2002
wydawca: Epic
no i spotykamy sie 8 lat pozniej (o plytach ktore byly w miedyzczasie mozecie, jak juz wspominalem, poczytac w archiwum). bardzo inne okolicznosci.
pierwsza plyta w nowej wytworni. niby nic sie nie stalo, bo zmiana z jednego majorsa na drugi to zadne sprzedanie sie nie jest. a jednak nietrudno odniesc wrazenie, jakby troszke zmienil sie target Tori. trza to powiedziec – na bardziej masowy.
numerow z prawdziwym, juz nawet nie rockowym, pazurem tu jak na lekarstwo. choc slychac gitarki, perkusje, bass, to naprawde rzadko kiedy pojawia sie cos, co by zszokowalo lub chocby zaniepokoilo. na „S’w” jest zwyczajnie… slodko. nawet nie ladnie – bo ladnie to juz nieraz u Tori bywalo. ale takiej slodyczy to nigdy wczesniej nie bylo. nie powiem niestety ze tez nigdy pozniej, bo niestety mam w kolekcji „The Beekeeper”…
po raz pierwszy Tori sie szarpnela na concept album. historia Scarlet (choc rownie dobrze moze to byc sama Tori) i jej podrozy – w wymiarze fizycznym i psychicznym – przez Ameryke. szczerze mowiac doceniam, ale srednio kupuje. byc moze dlatego, ze, jak juz wspominalem, teksty traktuje jako dodatek. i koncept stanowi dla mnie urozmaicenie, a nie glowna wartosc. na pierwszym miejscu muzyka. a jak juz wspomnielismy w poprzednim paragrafie – ta sie srednio broni. choc byc moze byloby lepiej, gdyby bylo jej mniej. niestety cos na wysokosci „S’w” Tori odjebalo, ze wiecej znaczy lepiej. w efekcie kazdy kolejny krazek upycha do granic mozliwosci muzyka. „S’W” = 18 piosenek, 73 minuty. dziewczyno, ogarnij sie!
a pomyslec, ze gdyby zrobic porzadny przesiew, to byloby znacznie lepiej. przeciez singlowy „A sorta fairytale” to imho najpiekniejszy numer Tori i scisla czolowka moich piosenek zycia. sliczny refren. ni to zal, ni to mile wspomnienie czegos co bylo piekne, ale sie skonczylo (to obraz w mojej glowie, nie prawdziwe znaczenie tekstu). przemile skojarzenie roku 2002… a jeszcze jest „Taxi Ride”. I „your cloud”. i pare numerow tez przeciez niezgorszych. a jednak przesluchanie calosci od poczatku do konca to wyzwanie. rzadko kiedy mi wychodzi.
w okresie premiery odbieralem ten krazek jako experyment, choc trudny w odbiorze, to jednak warty realizacji. pierwsze koty za ploty, moze nastepnym razem bedzie lepiej. szkoda ze nie tylko po tych apru latach jeszcze trudniej sie tej plyty slucha, to na dodatek okazal sie on poczatkiem konca…
a wracajac do pierwszych akapitow… limitowana edycja, ktora mam w posiadaniu, poza plyta podstawowa ma sporo dodatkow. i o ile jestem w stanie przelknac dvd, mapke przedstawiajaca trase tytulowej bohaterki czy polaroidowe zdjecia, to juz naklejki z serduszkami czy innymi kwiatkami i breloczek w ksztalcie sukienki to juz gruba przegina. choc calkiem smiesznie sie wizualizuje piotra kaczkowskiego, die-hard-fana tori, bawiacego sie tymi gadzetami.
najlepszy moment: A SORTA FAIRYTALE
ocena: 6,5/10