rageman.pl
Muzyka

Tori Amos – Night Of Hunters

rok wydania: 2011

wydawca: Deutsche Grammophon

 

jako ze dzisiejsza notka zegnamy 2011 rok, wypadaloby napisac o czyms bardziej konkretnym anizeli kolejny mixtape. o kim tu dawno nie bylo… wiem! Tori Amos!

wiem ze dla niektorych bedzie to mieszanie sacrum z profanum, ale jedna rzecz jest dosc wspolna dla swiata sztuki i sportu. a jest nia tzw forma, rozumiana jako umiejetnosc wykorzystywania swego potencjalu/talentu w jak najwiekszym stopniu. forma niestety ma te smutna przypadlosc, ze nie trwa wiecznie. i niby wydaje sie to powszechnie zrozumiale, jednak sa ludzie, ktorzy wciaz wierza w to, ze Smolarek znow zacznie strzelac gole najwiekszym potegom pilkarskim, a Kult nagra wreszcie dobra plyte. jesli mam byc szczery – sam sie do nich zaliczam.

tym bardziej, ze historia zna calkiem dobrze takie przypadki. i naprawde nie trzeba az tak daleko szukac – vide Najwiekszy z Najwiekszych, Bob Dylan. czy bardziej wspolczesny przypadek w postaci Pearl Jam, ktory „Backspacerem” ponownie zlapal wiatr w zagle. oczywiscie poziom najwiekszych dokonan sprzed lat takich tworcow pozostaje na zawsze nieosiagalny, jednak zawsze mozna sie do przynajmniej do niego zblizyc na wyciagniecie reki, moze dwoch – moim zdaniem gra warta swieczki. bywa i tak, jak w przypadku ostatniego RHCP, ze nawet jesli takowe dokonanie nie ma minimalnych szans w starciu z klasycznymi pozycjami w dyskografii, to wciaz slucha sie go na tyle sympatycznie, ze mozna oderwac sie od porownan. a to juz naprawde sporo.

coz, Tori Amos nie miala szczescia w ostatniej dekadzie. jeszcze gorzej jej casus wyglada na tle kolezanek z pamietnej Rolling Stone’owej okladki. Pj Harvey w tym roku po raz kolejny rzucila na kolana recenzencka brac za sprawa „Let England Shake”, stajac sie powoli meskim odpowiednikiem Toma Waitsa – czyli artysta, ktorego czas sie nie ima, przynajmniej w czysto artystycznym aspekcie. i, co wazne, nie ma to nic wsolnego z przypadkiem „swietej krowy”. juz predzej mozna by o to oskarzyc Bjork, ktorej ostatnie dokonania artystyczna rozumie prawdopodobnie wylacznie ona sama (a i to pewnym nie jest), a mimo to wciaz moze liczyc na pelna akceptacje tak krytykow, jak i fanow.

a tymczasem Tori… Tori sie pogubila w XXI wieku. poczatek konca mozna datowac na „Scarlet’s Walk”, choc paradoksalnie to z tym albumem zwiazane sa najwieksze sukcesy komercyjne Tori. przesada bylyby sell-outowe zarzuty, faktem jest ze na tym albumie poznalismy diametralnie inny pomysl Tori na siebie, niekoniecznie taki, jaki chetnie ujrzeliby dotychczasowi fani. kraina lagodnosci, bajkowy klimat wypruty z rockowo-feministycznych ciagotek z plyt ubieglych, kierowany do rozmarzonych humanistek (gdyby Tori nagrywala w Polsce, to jestem wiecej niz pewien, ze koncertowalaby z Czeslawem Spiewa, a do duetow zapraszalaby Roguckiego). niestety wydany pare lat pozniej „The Beekeper” pokazal, ze tamten wizerunek nie powstal specjalnie na potrzeby konceptu poprzedniczki. i chociaz przegladajac dzis archiwalne recenzje Tori doszedlem do wniosku o zbytniej surowosci w ocenianiu Amos’owych wydawnictw (rowniez „Beekepera” to dotyczy – ta plyta jest owszem cienka jak sik weza, ale nie wiem czy zasluguje az na 5/10, co jest chyba najnizsza ocena w historii tego bloga), to nie ma co ukrywac – bylo coraz gorzej. a koncepty na kolejne albumy (przekroj tematyczny szeroki, obemujacy zarowno ataki naBusha, jak i koledy i pastoralki) bardziej tracily rozpaczliwym szukaniem pomyslu na siebie anizeli pragnieniem podejmowania nowych artystycznych wyzwan. znamiennym moze (choc nie musi) byc to, ze w przeciagu tych 10 ostatnich lat nasza dzisiejsza bohaterka byla zwiazana z az trzema wytworniami, co akurat na anglojezycznych rynkach jest dosc niezlym wynikiem. „Night Of Hunters” to znow nowa wytwornia – tym razem jest to Deutsche Grammophon. glownie wydajacy muzyke klasyczna, a ostatnio takze kolejne szajbniete pomysly Stinga. no coz, nieprzypadkowo Tori trafila akurat tam.

fakt, jest to plyta JAKAS, za co warto pochwalic. po pierwsze – znow jest to koncept album. tym razem chodzi – niespodzianka! – o relacje damsko meskie. czyli glowna bohaterka czuje sie nieszczesliwa w zwiazku, ale spotyka na swej drodze tajemnicza istote, ktora czestuje ja kaktusem (tak, dobrze przeczytaliscie), po czym maja taka faze, ze cofaja sie kilkaset lat wstecz. a tam protagonistka spotyka siebie, a wlasciwie swe poprzednie wcelenie i co sie okazuje? ze to wcielenie tez tkwi w nieudanym zwiazku. to ci historia! oczywiscie wiem to wszystko z wikipedii, bo takze pod wzgledem lirycznym rudzielcowi zaczelo sie w ostatniej dekadzie wiesc gorzej, wchodac na tereny rezerwowane przez wspomnianego lidera Comy.

skupmy sie zatem na dzwiekach, bo te wypadaja o wiele lepiej. to co najwazniejsze – aranzacje ograniczaja sie do fortepianu i orkiestracji, co na taka skale jest nowoscia w jej dyskografii. co wiecej – kompozycje sa inspirowane tworczoscia arcymistrzow muzyki sprzed stuleci (stad taki a nie inny label) pokroju Bacha, Debussy’ego, Schuberta czy tez… Chopina (na tym zreszta nie koniec polskich watkow – za orkiestracje odpowiadaja m.in. polscy muzycy – czyzby wplyw Piotra Kaczkowskiego?). i chociaz taki minimalizm w kontekscie tradcyyjnego maksymalnego wykorzystania objetosci kompaktu zwiastowal tragedie, to naprawde slucha sie tego lepiej od jakiejkolwiek plyty Tori wydanej po 2000 roku. nawet jesli material jest wyzbyt melodyjnych hoookow. troche zas kojarzy mi sie ten material z „Aerials” Kate Bush. tu zreszta tez bywaja teatralne wrecz wrzuty w postaci partii wokalnych podzielonych na rozne postacie. tu najwieksza ciekawostka – role „tajemniczej istoty” gra (a wlasciwie odspiewuje) sama corochna Tori. i choc na nowa gwiazde wokalistyki sie nie zapowiada, to te partie potrafia zaintrygowac, szczegolnie w „The Chase” (tytul jeszcze bardziej wzmaga skojarzenie z „The Trial” Pink Floyd).

tak, to zdecydowanie najlepsza plyta Tori od niepamietnych czasow. co niestety bardziej niz o jakosci tej plyty swiadczy o tym, w jakim kryzysie artystycznym sie ona znalazla. i chyba jednak wciaz w nim tkwi…

 

Szczesliwego Nowego Roku, Misie Pysie! pijcie palcie uzywajcie, bylebyscie sluchali Muzyki i konfrontowali opinie o niej z moja! widzimy sie w przyszlym tygodniu, elo!

 

najlepszy moment: FEARLESNESS

ocena: 7/10

Leave a Reply