Rekapitulacja roczna – 2011
Witam w Nowym, 2012 Roku! 1 stycznia odchorowany, możemy zacząć kolejny rok blogowania. A zaczniemy z wysokiego C, bo od tradycyjnego już na tym blogu podsumowania minionego roku. Lećcie po popkorn – nieduży kubełek, bo mam nadzieję że aż tak mocno się znów nie rozpiszę – i jedziemy z tematem.
Generalnie dość rzecz ujmując – ja tam się bardzo dobrze się w tym roku bawiłem! Nie aż tak jak ten Pan na filmiku poniżej…
… ale uznaję ten rok za dość udany. Nawet jeśli nic specjalnego się aż tak w nim nie wydarzyło. Ale wolę taką poczciwą nudę, niż życiowy rollecoaster roku 2010.
Zatem jeśli chodzi o tak zwaną życiówkę, to 2011 rok będzie mi się kojarzył z 4 momentami.
1) Portugalia – niby urlop jak urlop, parę razy byłem ZAGRANICO, ale jednak pierwszy raz zdarzyło mi się uznać jakiś kraj za moje miejsce na ziemi. W sumie aż tak mnie to nie dziwi – skoro ma Siostra mieszka tam już od ponad roku, a nasze gusta w niemal wszystkich życiowych aspektach pokrywają się w ok. 98% (nie lubi hiphopu i woli chłopców), to moja zajawka tym krajem była właściwie przesądzona. Moje postanowienie na kolejne lata – latać tam przynajmniej raz do roku. Nawet jeśli wciąż będą to najdroższe wycieczki, jakie można odbyć w Europie.
2) Prawo jazdy – gdyby nie to, że posiadanie prawa jazdy jest już postrzegane jako rzecz na równi oczywistą co zaliczona matura, to pewnie nie byłoby tematu. Ale jestem ambitnym chłopcem, w końcu zaliczę. Do sześciu razy sztuka.
3) Roszady zawodowe – w sumie też niby nic wielkiego, ale jednak. Idziemy wciąż do przodu w tej kwestii.
4) TrupaTrupa wydaje debiutancki „LP” – nie przyłożyłem ręki do jakiegokolwiek dźwięku na tej płycie, co nie przeszkadza mi odnotować fakt premiery tego krążka jako jedno z najważniejszych wydarzeń tamtego roku. Emocji mnóstwo, szkoda że zapału z mojej strony mniej, co poczytuję za prywatną porażkę. Rehabilitacja w planach.
I na tym zakończymy, bo nic równie szczególnego nie przychodzi mi do głowy. Najważniejsze to co będzie, a mam dość silne podstawy by twierdzić, że nadchodzące miesiące będą przełomowe. Niekoniecznie ze względu na Euro2012 i zaplanowany przez Majów koniec świata.
Tyle prywaty, czas przejść do tego, czym się tu na co dzień zajmujemy. Muzyka.
Muzyka? Ano była, prawie 365 dni w roku. Tyle tylko, że niekoniecznie ta sama o której pisze się w muzycznych periodykach, papierowej czy elektronicznej formy. W spóźnionych odkryciach i powrotach do korzeni trochę zabrakło miejsca na nowości. Dlatego mogę odnotować wydawnictwa Crossess (Chino Moreno wreszcie w znów ekscytujacym opakowaniu dźwiękowym), Red Hot Chilli Peppers (płyta absolutnie nie zasługująca na laurki, jednak miło że zespół swego czasu dość bliski nagrał znów coś słuchalnego), Wuwunia (Lansylwania 2 rozjebała system, nie pamiętam tak wyrazistej nowej osobowości w polskim rapie od lat; potencjał na bycie kimś na miarę polskiego Eminema, wciąż mimo wszystko nie w pełni wykorzystany – Wielkie Joł, ogarnijcie się i wydajcie w końcu mu legal!), Schoolboy q i Big Krita, z czystym sumieniem je rekomendować, ale żeby układać z ich płyt ranking najlepszych płyt 2011 roku byłoby grubym przegięciem.
Tym bardziej, że gatunek który najbardziej mnie w minionym roku rajcował zupełnie nie ma nic wspólnego z posuwaniem Muzyki jako dziedziny sztuki naprzód (inna sprawa – który gatunek ma?). Tak jak 2008 rok stał u mnie pod znakiem rockowych staroci, a 2010 zajawki na jazz, tak w 2011 najczęściej hiphop grał mi w sercu. Spóźnione odkrycie – ludzie, mixtape’y bywają o wiele lepsze od legali, słuchajcie mixtape’ów!
O koncertach i filmach nic nie mówię, bo jeszcze mniej ich było. No ale odnotujmy – Prince i Primus jednego dnia na Open’erze, święto groove’u przez duże G. Illusion… powrót do korzeni, który był o tyle sympatyczny, co na swój sposób smucący. Coraz słabiej przyswajam rockmetalowe dźwięki. Z powermetalem, blackiem i tym podobnymi kuriozami nigdy nie było mi po drodze, ale mówię tu również o bohaterach jeszcze sprzed nie więcej jak 10 lat (tak Piotrek, o numetal też mi tu chodzi). Zdarzały mi się przez ten rock „didżejskie” comebacki, również w gitarowych klimatach i wychodziłem z tych ostatnich autentycznie zmęczony, jakby mi kto uprawił gang bang na narządach słuchu. Ktoś powie że dojrzewam (ja? nigga please!), ja jednak nie wierzę w takie muzyczne dojrzewanie (przynajmniej nie tak gwałtowne) i wierzę, że to chwilowe zdziadzienie mi przejdzie i znów będę czuł przy słuchaniu gitarowego pierdolnięcia tę samą podjarę co przed laty.
Film? „Szpieg”. Koniecznie!
Muzycznych prognoz na przyszłość brak, słucham dalej tego co się nawinie bez ścisłego planu. Natomiast już teraz możecie zobaczyć pewne zmiany na blogu, które postanowiłem wprowadzić jakiś czas temu, ale brakło mi adekwatnej okazji. Po pierwsze – interpunkcja. Już od mega długiego czasu nosiłem się z przeproszeniem się z polskimi literami. Gdzieś tam jednak zawsze pojawiała się myśl, po co zmieniać coś, co już jest niemalże znakiem firmowym notek na tym blogu. No ale spróbujmy (nie jest zresztą powiedziane, że mi się te polskie litery nie znudzą). A jakby ktoś miał nadmiar wolnego czasu (ale żeby ĄŻ TAK?) i chciałby mi popoprawiać stare notki, to mogę nawet zapłacić.
Druga zmiana – rageman.blox.pl goes facebook. W sumie już wcześniej można było polubić tą stronę, jednak działało to w dość kiepskawy sposób. Jeśli lubisz tu zaglądać niekoniecznie codziennie, a chciałbyś być na bieżąco z nowymi notkami, to po prawej stronie masz like box’a. Jedno „lubię to” i zamiast odpalania bloga wystarczy ci własny fejsowy wall, na którym i tak siedzisz całymi dniami.
That’s all folks!