rageman.pl
Muzyka

Tool

gdzie: Tauron Arena, Kraków

kto: Tool, Night Verses

 

Parafrazując słynny dowcip – ile potrzeba tras koncertowych by wypromować jedną płytę?

Przyznam, że kiedy ogłoszono tegoroczny koncert Toola z jednej strony byłem ucieszony, a z drugiej lekko skonfundowany. Radość, bo koncert z 2022 roku mnie ominął z tzw. przyczyn prywatnych, no a poza tym Tool to Tool, zespół który już zawsze będzie miał specjalne miejsce w mym serduszku. A zakłopotanie stąd, że miał to być już trzeci koncert promujący wydany w 2019 „Fear Inoculum” – chociaż tu można by zadać sobie pytanie, czy sam zespół traktuje jeszcze te trasy jako promocję ostatniego albumu czy po prostu jako okazję do pogrania na żywo. Dodajmy jeszcze, że to też zarazem trzeci pod rząd koncert w krakowskim Tauronie. Swoją drogą niesamowite, że na osiem koncertów w Polsce tylko pierwszy odbył się w stolicy.

I chciałbym móc powiedzieć, że mimo powyższego tegoroczny koncert był unikalny i inny niż poprzednie… ale nie byłaby to do końca prawda. Rzekłbym nawet, że setlista była dość hmm bezpieczna.  Dość powiedzieć, że jeśli dobrze widzę na setlist.fm, to był to pierwszy koncert Toola w Polsce, podczas którego nie zagrali nic czego by wcześniej u nas nie grali. Oczywiście po iluś koncertach trudno o zaskoczenia, ale mimo wszystko nawet dwa lata temu byli w stanie wyciągnąć taki rarytas z przeszłości jak „Hooker with a Penis”. Ktoś powie „no ale przynajmniej nie grają hitów raz po raz”. Tyle że o jakich hitach mówimy w kontekście Toola? A single i tak się załapały – jak „Schism” czy kończący całość „Stinkfist”.

Oczywiście rozumiem skąd w jakimś stopniu te ograniczenia mogą wynikać. Zresztą sam Maynard przyznaje w wywiadach, że nie jest w stanie „wyciągać” te najtrudniejsze kawałki. Dlatego za największy pozytyw repertuarowy oceniam obecność „The Grudge”. Raz, że – pomijając poprzedni koncert – ostatni raz grali go w Polsce na wspomnianym pierwszym koncercie w Warszawie, czyli dobre 23 lata temu. Dwa, że jego końcówka z tym przeciągłym krzykiem rzeczywiście mógł stanowić wyzwanie. Któremu Maynard podołał – może to nie był to co lata temu (nie mówiąc już o wersji studyjnej), ale wciąż ciary przechodziły po całym ciele. No i po trzecie i najważniejsze – to jeden z moich ulubionych utworów.

Co poza tym? Oczywiście „Fear Inoculum”, tym razem w ilości pięciu utworów. Kolejna konfrontacja z tymi utworami… i kolejne nic. Zero. Pustka emocjonalna. Te utwory wspaniale brzmią – o ile oczywiście lubi się ten sound zapoczątkowany na „Lateralusie” i rozwinięty na „10 000 Days” – ale jest to dla mnie wciąż produkt narzędzia (sic!) o nazwie „Tool song generator”. Wstyd się przyznać w kontekście tego, jakim die-hard fanem zespołu kiedyś byłem, ale ja nawet za bardzo nie jestem w stanie rozróżnić te utwory i skojarzyć ich melodii (o ile tam są jakieś rozpoznawalne melodie, z czym bym polemizował) z tytułami. Jedyne co można by wyróżnić to, ewentualnie poza tytułowym utworem, „Chocolate Chip Trip”. Tyle że… Nie ujmując nic Danny’emu Carey’owi, który jest jednym z Największych jaki zasiadał w historii Muzyki za zestawem perkusyjnym – i nie mam na myśli jego bądź co bądź słuszny wzrost. Ale czy to jedne długie solo, nawet jeśli dość urozmaicone (równorzędnym dla perkusji instrumentem podczas wykonania jest elektronika, a całość rozpoczynają uderzenia gongu – zresztą także w wykonaniu Carey’a, ubranego w ciuchy fluorescencyjne) jest rzeczywiście warte bycia stałym punktem setlisty? Osobiście wolałbym usłyszeć „normalne” utwory, nawet z nieszczęsnego „Fear Inoculum”. Jeszcze ktoś inny powie „to dlatego że muszą odpocząć!”. Niby tak, ale po co w takim razie te prawie 15 minut przerwy poprzedzające „CCT”? Łącznie to daje prawie pół godziny fajrantu dla Keenana i Jonesa (w trakcie wykonu „CCT” podłączył się Chancellor, by razem przejść w intro do „Flood”). Ja rozumiem że panowie w większości już są po sześćdziesiątce, no ale…

I już na sam koniec – o ile jestem w stanie zrozumieć że panowie z Toola z racji wieku mają potrzebę zwolnienia, odpoczynku, tak już zmuszanie do odpoczynku publikę jest już trochę przesadą. A tak odbieram, moim zdaniem całkowicie chybiony, pomysł z umieszczeniem krzesełek na płycie areny. Z tego co wiem, to ten pomysł był już praktykowany na koncercie poprzednim – nie wiem jak wtedy wypaliło, ale wczoraj to zwyczajnie się nie udało. I nie miało nawet prawa się udać. Po to się kupuje miejsce siedzące na trybunie, by mieć możliwość skorzystania z niego w razie potrzeby. I jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby i woli gibać się lub po prostu słuchać na siedząco, to osoba umiejscowiona za nim, nawet z pozycji siedzącej coś ma szansę zobaczyć. Na płycie, gdzie wszystkie miejsca są na tym samym poziomie widoczności, już tak to nie działa. I wystarczyło że w momencie, gdy Tool zaczął swój występ, kilka osób wstało. I ci za nimi też wstali by coś widzieć. I poszła fala, której ochrona, po początkowych próbach, odpuściła ujarzmianie. A też trudno nie wstać i nie ruszać się na koncercie z muzyką w sporej mierze energiczną, dynamiczną. Jeśli ktoś chce posłuchać w zadumie – niech kupi bilet na trybunie, lub nawet stanie na płycie, ale dalej od sceny. Przecież nigdy nie było tak na koncertach Toola, by pod sceną panował jeden wielki młyn… Jednym słowem – trochę się panowie z Toola zagalopowali. Rozumiem, że są poważnymi starszymi panami podchodzącymi poważnie do swojej działalności, ale kaman, to nie filharmonia czy koncert jazzowy – i nie jest to żadna ujma.

Wychodzi na to, że tylko narzekam na koncert. A przecież było mnóstwo pozytywów. Wciąż świetnie rozgrywają kwestię nagrywania telefonami – nikt takowych nie zabiera ani nie chowa pod klucz, wszystko oparte na szacunku. Jak to Maynard powiedział (który jak na niego był wyjątkowo gadatliwy) – bądźmy w tym razem, w pełni. Jak trzeba będzie, to damy Wam znak do wyciągania telefonów – i dali, podczas „Stinkfist”. Całkiem nieźle dobrany support – nie wiem czy grając takiego czystro instrumentalnego prog rocka panowie z Night Verses zrobią karierę, ale przynajmniej dobrze wprowadzali w klimat gwiazdy wieczoru. A skoro o niej mowa – Tool, na który który narzekam bo wymagam od nich więcej, to wciąż zespół który koncertowo gra w absolutnej czołówce z największymi muzyki gitarowej. Wykonawczo, brzmieniowo, także wizualnie – bo Tool i animacje Alexa Grey’a to właściwie jeden, pełen pakiet.

To co, widzimy się znów w Krakowie? Ale może chociaż z jakimiś zupełnie nowymi piosenkami? Choćby EPką bym nie wzgardził…

 

najlepszy moment: THE GRUDGE

ocena: 8,25/10