Tool – 10,000 Days

rok wydania: 2006
wydawca: Tool Dissectional
Tak jak obiecałem, jest specjalna notka. Recenzja muzyczna. Dawno nie było tutaj, więc czytajcie, wszyscy wielbiciele i hejterzy.
Znacie zespół Tool? Oczywiście że znacie. Najlepszy Zespół na Świecie, zwykło się mawiać. No właśnie, zwykło. I na dodatek nie każdy byłby w stanie uzasadnić dlaczego tak się go nazywa. Słowacki wielkim poetą był i już.
Maynard James Keenan i spółka znów raczą nas nowym albumem po pięcioletniej przerwie. Niby taki sam okres czasu, ale mam wrażenie że więcej się zmieniło w czasie dzielącym „Aenimę” od „Lateralusa” niz „Lateralusa” od „10000 Days”. I to w skali zarówno mikro, jak i makro. Już tłumaczę.
Otoż nie jestem muzykologiem by stwierdzić na kiedy datowany jest wybuch nu-rockowej rewolucji, ale to właśnie w przeciągu tych kilku ostatnich lat sławę zyskały takie kapele jak Franz Ferdinand, The White Stripes czy The Strokes. Może przesadą byłoby wrzucać je wszystkie do jednego woreczka, nie da się jednak zaprzeczyć, ze można by ich muzykę określić tymi samymi epitetami. Krótko, zwięźle i najlepiej jak najbardziej przebojowo. Już nie spierając się czy popyt tworzy podaż czy odwrotnie, należy odnotować fakt, że muzyka tych wszystkich kapel trafiła na wyjątkowo podatny grunt. Przyznam, że pomimo twardego oporu i ja zostałem trafiony przez parę strzałów, którym na imię choćby The Killers, The White Stripes czy The Hives. Rany postrzałowe niewyleczone, zdają się w coraz większym stopniu wpływać na organizm. Coraz większa potrzeba melodii, do tego stopnia paranoiczna, że nawet w muzyce hc/punk zacząłem takowej szukać, a takie numery jak „Kylie” czy „Ketchup Song” bezwstydnie zachwycają mnie swoją genialnością. Co tu dużo mówić – nastały ciężkie czasy dla Toola. Analogiczna sytuacja jak w słynnym ’77 roku, gdzie Sex Pistols zarządzili, a Pink Floyd jawił się jako przeokropny dinozaur rocka z zupełnie innej czasoprzestrzeni, który swój lęk przed chorobami tego świata objawiał puszczaniem dmuchanej świnki w powietrze. Historia lubi się powtarzać, więc tym razem za kozła ofiarnego robi Tool. Tool ze swoimi jedenastominutowymi kompozycjami, pseudomistycznymi tekstami i nadęta do granic możliwości symboliką. A na dodatek coraz bardziej ochoczo taplający się w progresywnorockowym bagnie. A, no i fani. Do tego stopnia bezgranicznie oddani, że na wszelką krytykę ich najulubieńszego zespołu reagują nie tyle poniżającą pobłażliwością, co wręcz agresją. „Jesteś niegodzien słuchać tak wysublimowanych dźwięków człowieku, przecież tu wszystko jest tak inteligentne i sensowne, że ojapierdolę, od faktury dźwiękowej do liczby sylab w refrenie.” No nie pogadasz. A rzecz w tym, że czasem cygaro to tylko cygaro, nic ponadto. Problem w tym, że o ile panowie z Toola na „Aenimie” jeszcze zdawali się o tym pamiętać, zachowując odpowiedni dystans do tego co robią, tak już na „Lateralusie” troszkę zaczęli sprawiać wrażenie, jakby naprawdę uwierzyli, że to ich cygaro było czymś transcendentnym i w ogóle z zupełnie innego wymiaru. I że to głównie oni mają patent na produkcję tych cygar. To już nie jest 30 cm ponad chodnikami, to jest gdzieś pomiędzy jonosfera a przestrzenią kosmiczną. And what da ya know? ZUPEŁNIE MI TO NIE PRZESZKADZA. Nie, naprawdę. Pomimo zmiany podejścia do materii muzycznej i obdarcia Toola z ochronnej powłoki powstałej z licealnego uwielbienia, dalej dla mnie to Najlepszy Zespół Na Świecie.
Ten przydługi wstęp był potrzebny po to, by choć trochę ukazać uczucia jakie mną targały przy zakupie albumu. Podniecenie wymieszane z obawą. bo wiadomo, na szczyt dużo łatwiej jest się wspiąć niż się na nim utrzymać. „Lateralus”, jako jeden z najlepszych albumów ever, przypieczętował ich Pozycję. Więc może lepiej jakby nic już nie nagrali? Autentyczne drżenie rąk, rozpakowujemy album. I tu niespodzianka. Do płyty dołączone okularki 3D. A w książeczce znów minimum treści słownej, same obrazki. W trójwymiarze. oOkej, pod względem edytorskim znów zdeklasowali konkurencje. Ale przecież nie o grafikę tu chodzi. Odpalamy płytę.
Słychać gitarę Adama Jonesa. Trochę „Schizmowa”. Współtowarzyszą jej dźwięki które usilnie przywołują na myśl podkład „Annihilation” w coverze A Perfect Circle. Czyli jest bajka. Tak właśnie zaczyna się „Vicarious”. Potem to już właściwie jazda w ich stylu. Już ten numer odpowiada na pytanie, dlaczego Tool dalej może być obiektem uwielbienia Rejdżmena Anno Domini 2006. Perfekcyjne połączenie wirtuozerii i melodii, ot co. Uwielbiam „laj laj laj laj” Maynarda w tym utworze.
Potem mamy „Jambi”. Właściwie ta sama konwencja co pierwszy numer. Dalej perfekcja produkcyjna. Klarowność produkcyjna usadawia tę płytę blisko „Lateralusa”, ale też więcej jakby ciężaru niż na poprzedniczce. Wpływ koncertowania z Meshuggah i Fantomasem? Czyli mamy krok naprzód w stosunku do „Lateralusa”. Pytanie – czy jest to na tyle duży krok by mówić o nowej jakości?
„Jambi” jest warty zapamiętania też ze względu na nietypowe smaczki typu naprawdę heavy gitara momentami czy… vocoder??
„Wings For Marie (pt 1)” zaczynają się mantrowymi dźwiękami i wprowadzają już ciut inny klimat. Pamiętacie senny „Disposition” z „Lateralusa”? Choć tu jest bardziej niepokojąco, podskórny nerw. Wszystko wskazuje na to, że będzie jakaś eksplozja dźwięków i tak też się staje w rzeczywistości. Ale szybko się znów uspokaja. Akt drugi tej suity jest zarazem utworem tytułowym płyty. Odgłosy burzy potęgują napięcie. Miarowe uderzenia perkusji i spokojny, trochę mówiony wokal Maynarda. Coraz głośniejsze odgłosy burzy i piękna gitarka Jonesa. I znów wybuch i uspokojenie. Drugie skrzydło? Jest zajebiście.
„The Pot” dostarcza niemałego szoku już na dzień dobry za sprawą interpretacji wokalnej. Maynard Wielki brał jakieś żeńskie hormony czy jak? Ale potem już mamy starego dobrego Toola i to tego nieźle wkurwionego. Znów będzie porownanie do „Lateralusa” – „Ticks & Leeches”. Bardzo mocny punkt programu.
Jeśli ktoś uwielbił sobie przerywniki na „Aenimie” i brakowało mu ich humorystycznego wydźwięku, to oto ma tutaj wiązankę dwóch takich bonusów dźwiękowych. Niby indiańskie rytuały to nic śmiesznego, ale ten kontrast modłów i końcowego krzyku w „Lipan Conjuring” wywołuje jakieś takie poczucie dysonansu godne „Die Eier Von Satan”. Podobnie „Lost Keys (Blame Hofmann)” (co to za nazwa??), gdzie na podkład gitarowy nałożony jest dialog z jakiegoś szpitala. Pacjent po utracie przytomności… o ce be?
„Lost Keys” przechodzi niemalże płynnie w „Rosetta Stoned”. Jeśli „The Pot” był spokrewniony pod względem zamiłowania do agresji z „T&L”, to tutaj mamy niedalekiego krewnego „Hooker With a Penis”! Melodeklamujący wokal Maynarda i agresja, a potem feeria dźwięków wywołujących przeróżne nastroje. Dowód na to, dlaczego muzyka The Strokes, choć przebojowa, niekonieczne powinna być nazywana Sztuką. Co innego chwytliwe przeboje, a co innego genialne Kompozycje, sorry guys.
Dobra, punkt kulminacyjny teraz będzie. Najcudowniejszy numer jaki dane mi było usłyszeć od dłuuuugiego czasu. „Intension”. Teraz jest już naprawdę blisko „Disposition”, ale bez już jakiegoś nerwa. Błogostan. „Widmowy” wokal Maynarda, znów mantra. Bębenki w podkładzie. Pogłosy. ODLOT. I nagle… NAJCUDOWNIEJSZA PARTIA GITARY JAKĄ STWORZONO. Przynajmniej w tym roku. I poprzednim. I jeszcze parę lat wstecz. Chyba tylko gitara z piosenki „Lateralus” może się z nią równać. Piosenki wiadomego zespołu.
Ale słuchajcie dalej. Bo nagle tej magicznej gitarce zaczyna towarzyszyć… elektroniczny podkład. Jak z jakiegoś Aphex Twina. Magicy!
W „Right in Two” słychać z kolei jakby dalekie echa współpracy Maynarda z A Perfect Circle. Ale tylko dalekie, bo potem jest już jakby nasz tradycyjny Toolik.
„Viginti Tres” chyba troszkę rozczarowuje, jako że Tool przyzwyczaił nas do niesamowitych zakończeń płyt. Tutaj mamy zaś jakieś szumy, dziwne odgłosy… mogło być niepokojąco, wyszło nijako.
Mam coś takiego, że najbardziej podobają mi się płyty takie, które przy pierwszym podejściu się nie podobają. Potem zaczynam się do nich przekonywać, by w końcu je uwielbić. W muzyce akurat nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Dlatego też po cichu liczyłem, ze „10,000 Days” za pierwszy razem nie wejdą. I tak też się stało. Problem w tym, ze słucham, słucham, słucham i wciąż jako całość (pomijam pojedyncze fragmenty) nie czuję się przekonany tak jak oczekiwałem że będę. OK, „Lateralusa” za pierwszym razem w ogóle nie skumałem. No, ale przecież trochę mi się uszy od tego czasu wyrobiły (czy w dobrym kierunku, to już inna sprawa heh), więc mógłbym więcej pojąć przy pierwszym przesłuchaniu. A tu dupa. Odłożyłem płytę na jeden dzień. Podejście drugie, jest już lepiej… trzecie, coraz lepiej… teraz, po tych co najmniej nastu przesłuchaniach, mogę już wyrazić opinię. Choć jestem pewien, że z każdym przesłuchaniem płyta będzie zyskiwała. Pytanie – czy osiągnie poziom, taki jak moje uwielbienia dla „Lateralusa”. Obawiam się że nie. Owszem, nowa płyta Toola rozwala. Problem w tym, ze płyta nie jest Przełomowa. I nie mówię tutaj tylko o kontekście historycznym. Dla mnie, dla Ciebie i rzeszy maniaków to oni są zbawcami Rocka. Ale czy dla świata, dla mediów? Myślę, że ci bardziej upatrują Wielkich Rzeczy w wynalazkach spod znaku The Cośtams, traktując Toola bardziej jako ciekawostkę. I niestety zawartość „10,000 Days” może tego nie zmienić. Bo jest to wg mnie krok naprzód, ale nie an tyle wielki, by obronić Toola przed zarzutami o kopiowanie „Lateralusa”.
najlepszy moment: INTENSION
ocena: 8/10