rageman.pl
Muzyka

Clawfinger

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk

kto: Clawfinger

 

W tym roku, trza przyznać, trójmiejscy studenci się postarali. W całej Polsce tradycyjne juwenalia z weteranami polskiego rock’n’rolla typu Lady Pank, a u nas — Students’ Coalition Festival. Czyli uczelnie się jednoczą i wspólnymi siłami organizują festiwal z całkiem niezłym zestawem gwiazd. I to na dodatek zagranicznych. Wciąż jednak kurwica bierze, że juwenalia przypadają na okres największej masakry na studiach (przynajmniej na wielmożnej ekonomii) i ominęły mnie tym samym koncerty Asian Dub Foundation, Dub Pistols czy, hehehe, The Rasmus. No ale jednego koncertu nie mogłem ominąć.

Clawfinger!

Sobota, 20 maja. Jedziemy, bo o 21.00 ma zacząć grać załoga ze Szwecji. Zbliżamy się koło 21.30 do Stoczni Gdańskiej, a tu już słychać „Two Sides”! Kurwica. No jak to — w czwartek dwugodzinna obsuwa, a tu punktualnie? Będzie bite.

Tak więc nie wiem, jakie numery dokładnie nas ominęły, ale chyba raczej niewiele. Chujowe przejście przez bramkę, ochrona podpierdala mi łańcuch (w sensie: depozyt, którego już nie będzie można potem odebrać, czyli jednak organizacji do idealnych bym nie zaliczył), ale już jesteśmy na terenie.

Porównanie do Jean Michel Jarre’a? Głupie, ale co tam. Ludzi mało. Myślałem, że będzie więcej. Tak że do mosh pitu dostać się nie było problemu. W moshpicie znajome gęby: Sulima, Bartez, Radzik, Smoluch, Pszczółka, Shoovar czy Wiciul. How sweet. W czwartek na Asianach ulewa konkretna, a tutaj słodziutko — pierwsza kropelka dopiero po zakończeniu występu Clawfingera. Cudo, bo jednak taplać się w błocie to byłaby chujnia.

Dobra, a muzyka więc.

Zapewne wypadałoby porównać do poprzedniego występu Clawfingera w naszym kraju, na którym byłem (bo po drodze zaliczyli jeszcze w styczniu tego roku występ w warszawskiej Proximie, na którym byłem absent). Wtedy też za darmo, w ramach festiwalu sportowego. Ale.

W ramach SCF zrobiono fajny myk, by wjazd za free mieli tylko studenci. Nie wiem czy rozwiązuje to kwestie pod tytułem „zwrot kosztów” czy jakoś tak, ale na pewno eliminuje problem o nazwie „dresiarnia przyszła na koncert”. Są ci, co mieli być, zero konfliktów na linii brudasy–adidasy. Choć konfliktów nie zabrakło…

Jak już pisałem w poprzedniej relacji, Clawfinger to w muzyce taki odpowiednik… bo ja wiem? Rona Howarda w świecie filmowym? Reprezentacji Polski w piłce nożnej? Chodzi o to, że Clawfinger to solidna firma, która miała swoją chwilę wielkiego sukcesu komercyjnego jak i przede wszystkim artystycznego (pierwsze trzy płyty), natomiast od wydania „A Whole Lot Of Nothing” tworzą już dla znacznie bardziej zawężonego kręgu odbiorców. Zmieniła się liczba sprzedawanych płyt, zmieniła się też wytwórnia. Rok temu promowali „Zeroes & Heroes”, wydane w BMG, teraz zaś przyjechali w ramach obwieszczania światu o „Hate Yourself With Style” wydanej w znacznie mniejszym Nuclear Blast. Przyznam też, że muzyka nawet jeśli się nie zmieniła specjalnie, to też już nie porywa tak jak kiedyś…

Inny aspekcik bycia muzyczną firmą jest taki, że mamy tu niemal całkowitą unifikację. Okej, Zak Tell jako frontman się wyróżnia, ale nie na tyle, by się zwracać per gwiazda. Reszta składu? Gitarzysta, basista, perka, elektronika — ale nawet ja, tak zwany experto, po nazwisku nie wymienię. Za dużo roszad na stanowiskach było, za mało lansowania się. Bo jednak zawsze chodziło o muzykę. Banalne, ale prawdziwe.

Scenografia? Też niespecjalna zresztą. Choć były za to telebimy, które pokazywały nie tylko zespół, ale też jakieś dziwne animacje i szalejącą publikę. Ponoć się nawet załapałem parę razy. Dziwne, jakoś liczba zaczepiających na ulicy fanek aż tak znacznie się nie zwiększyła.

Wizuale pasowały całkiem zgrabnie do treści piosenek. Bo jednak choć nazwa rapmetal jest głupawa i kojarzy się z Limp Bizkit, to w przypadku Clawfingera nie ma ściemy. Cięte gitary podparte elektroniczną sekcją rytmiczną i charakterystyczne rapowanie Zaka (właściwie to bardziej bym to nazwał „wypluwaniem” tekstu) na tematy zdecydowanie dalekie od dupy Maryni. Naprawdę. Zwróćcie uwagę chociażby na takie „Two Sides” czy choćby z nowej płyty „Right to Rape”, które również w sobotę zabrzmiało.

Z nowej płyty był również „Faggot in You” dedykowany panom ochroniarzom.

No właśnie, panowie security…

W pewnym momencie Zak z niedowierzaniem patrzył, co panowie w odblaskowych kombinezonach robią i na znak protestu splunął w ich stronę. Populista? Kapryśna gwiazda? Nie. Nawet nie chodzi o to, że panowie ochroniarze stali na podwyższeniach skutecznie zasłaniając co poniektórym scenę (niby potem zeszli, by po jakimś czasie wrócić na dawne pozycje). Ale byłem blisko, widziałem co działo się z tymi, którzy latając na rękach wpadali w sidła ochrony. I mówię stanowcze: przeciw.

Kaliber imprezy niestety nie zmienia tego, że wynajmuje się do ochrony buractwo, które stanowiło skuteczny substytut nieobecnych dresów. Jakoś mało bezpiecznie się przez taką ochronę czuję… a przecież tak nie musi być, co parę koncertów zagranicznych gwiazd, na których byłem, potwierdziło. Może skoro nie płacą, to trzeba na nich wyładować agresję… przykra sprawa.

Wracamy więc do przyjemności.

Nie będę ściemniał, że jestem obeznany z nową płytą Szwedów. Dlatego nie wymienię tego, co poleciało jeszcze z nowej płyty, choć zapewne parę numerów by się znalazło. Było za to parę klasyków: fajnie wydłużony „Nothing Going On” gdzieś na początku, który skutecznie porwał niżej podpisanego do harców, „Nigger” i „The Truth” z debiutu, „Money Power Glory” i na koniec jeden z dwóch największych klasyków — „Biggest & The Best”.

Panowie dziękują i schodzą ze sceny, choć wiadomo, że to nie będzie koniec. Szkoda tylko, że zamiast okrzyków „Clawfinger!” dało się słyszeć co innego… ludzie nie chcieli zespołu, chcieli jedną piosenkę… która musiała zabrzmieć, bo to jednak największy hit, niemniej osobiście trochę mnie wkurzają takie akcje… jestem muzykiem, wydałem sześć płyt czyli łącznie ponad 70 numerów, a ludzie chcą tylko jednej piosenki…

No ale fan nasz pan, więc gramy.

„Do What I Say”.

Szaleństwo pod sceną. Zak naprawdę jest pełen podziwu… i to koniec. Czas na danie główne hehe — Coma i The Rasmus.

Solidny gig. Zajebisty kontakt z publiką. Miejsce zarówno na powagę (jak np. przedmowa do „Right to Rape”), jak i na bekę (cytaty z „Final Countdown” krajanów z Europe czy „You’re Beautiful” Blunciora jako podziękowanie dla fanów zarządziły). Zabrakło mi wprawdzie „Warfair”, „Out to Get Me” czy numerów z „Use Your Brain”, ale chujtam. Solidne brzmienie. No, to był lepszy koncert chyba jednak niż rok temu.

najlepszy moment: NOTHING GOING ON

ocena: 7,5/10