rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – The Early Years, Vol. 2

rok wydania: 1993

wydawca: Bizarre

 

no, wracamy do muzyki konkretnej. do toma waitsa wracamy.

niby lecimy chronologicznie, choc nie do konca. bo wydane na poczatku lat 90tych dwie czesci komplikacji „The Early Years” (pierwszy wolumen w ’91, drugi dwa lata pozniej) to zbior piosenek Waitsa zarejestrowanych jeszcze przed ukazaniem sie jego debiutanckiej plyty, dla wytworni zalozonej przez Franka Zappe i Herba Cohena, Bizarre Records. zreszta trudno nie podejrzewac, ze obcujemy z jakas kwasna biznesowa akcja – w tym samym czasie, kiedy te skladanki pojawialy sie na rynku, Waits wydawal dlugo oczekiwanego studyjnego (zatem „Big Time” i w sumie tez „Night On Earth” sie nie licza) nastepce „Franks Wild Years”, i to dla zupelnie innej wytworni. w sukcesie „Bone Machine”, bo o nim mowa, to raczej nie przeszkodzilo, za to wydawnictwa Bizarre przeszly raczej niezauwazone.

niezasluzenie. bo abstrahujac od mniej lub bardziej nikczemnych pobudek wytworni, material przez nie wydany jest rewolucyjny. wystarczy posluchac juz pierwszy na plycie (moj ulubiony zreszta) „Hope I Don’t Fall In Love With You”. otoz, drodzy Panstwo, Tom Waits w tych numerach spiewa… normalnie. czysto. LADNIE. ba, nie tylko ten glos slyszalny tutaj nie ma nic wspolnego z lumpiarstwem, ale i z jakimkolwiek mrokiem. jest jakis taki… jasny. niczym skrzyzowanie Boba Dylana z jakims, bozesztymoj, Paulem Simonem? dla kogos, kto chocby z opowiadan slyszal o legendarnym, zdartym siara wokalu Waitsa, moze dzieki „Wczesnym Latom” przezyc niemaly szok. oczywiscie pamietamy, ze ta jedyna w swoim rodzaju mutacja wokalna przebiegala latami, bylismy jej swiadkami na kazdej kolejnej plycie (trudno powiedziec zreszta by ten proces juz sie zakonczyl, choc strach pomyslec czym moznaby przebic ten growl slyszalny na ostatnich plytach). ale nawet na „Closing Time” Waits nie brzmial tak… zwyczajnie.

zaskoczeniem, choc zdecydowanie mniejszym, moze byc takze aranzacyjna mysl przewodnia plyty. czyli totalna asceza, sprowadzajaca sie do duetu wokal+piano/gitara akustyczna (pierwszy instrument dziwic nie powinien, drugi juz tak typowym u Waitsa nie jest). ale choc czesc tych trackow trafila m.in. na debiut w innych, przewaznie bogatszych brzmieniowo formach, nie da sie jednoznacznie okreslich ich mianem demowkowych. raz, ze jak na demowkowe, zajawkowe nagrania struktury tych kompzycji sa dosc rozbudowane, by nie rzec kompletne. dwa, ze niektore piosenki lamia wczesniej wspomniany schemat aranzacyjnych i poza fortepianem slychac mniej lub bardziej subtelne podbicie basem (fajna, swingowa figura w „Diamonds on my winshield”).

mimo wszystko zbyt to wszystko jednolite, by chocby sprobowac obiektywnie wskazac mniej lub bardziej udane fragmenty. wszystko rozbija sie o melodie, a tu juz poza subiektywizm ciezko wyjsc. do mnie trafia najbardziej poczatek plyty – wspomniany „Hope I…”, chyba najbardziej znany stad „Ol’55” i ultrapozytywny (tak!), „pogwizdujacy” „Mockin’ Bird”. chociaz nie potrafilbym wskazac wsrod pozostalej dziesiatki numer chocby minimalnie chybiony.

kurcze, fajne to wszystko, ale… trudno nie odniesc wrazenia, ze obcujemy z ciekawostka, dzielem spoza kanonu. plyta kolesia, ktory smie nazywac siebie Tomem Waitsem. nawet jesli brac pod uwage fakt, ze nie ma czegos takiego jak „typowa plyta Toma Waitsa”, bo na kazdej definiuje siebie na nowo.

 

najlepszy moment: HOPE I DON’T FALL IN LOVE WITH YOU

ocena: 7,5/10

Leave a Reply