Tom Waits – Mule Variations
rok wydania: 1999
wydawca: ANTI-
ile lat, przez ile plyt mozna wciaz byc artysta w pelnym tego slowa znaczeniu (czyli artysta poszukujacym, istotnym, czyli po prostu dobrym) bez przeistoczenia sie w swieta krowe odcinajaca kupony od dokonan sprzed dekad? pewnie, wydalo sie plyty rozchodzace sie w dziesiatkach milionow egzemplarzy trudno nie stac sie komercyjnym monstrum obwozacym swoj cyrk po najwiekszych arenach swiata. Waitsowi nigdy nie grozil nawet status U2 czy Rolling Stones. ale zeby trzecia dekade wydawac naprawde dobre plyty? to ewenement.
fakt, na takowe zagrania Waits potrzebowal w latach 90tych juz troche wiecej czasu niz dekady wczesniej. na nastepce „Bone Machine” kazal czekac de facto 7 lat. ale jak juz wrocil, to w wielkim stylu. godnym „Rain Dogs”.
byc moze podzialala korzystnie przerwa od nagrywania, podczas ktorej mogl podladowac baterie przy zonie i dzieciach. byc moze mobilizujacym byla zmiana wytworni na mniejsza, ale bardziej zwracajaca uwage na artystow ze swego katalogu. niewykluczone, ze chodzilo tez o niejako splacenie kredytu zaufania, jaki Waits zaciagnal w nowej dekadzie, podczas ktorej jego legenda jeszcze bardziej – i niejako na przekor tendencji bolesnie dotkliwej dla innych gwiazd lat 80tych – przybrala na sile. jakby malo mu bylo popularnosci posredniej, poprzez coverujacych go artystow, w latach 90tych stal sie niemal symbolem bardziej freakowego grania ostatnich 10 lat millenium, mitycznym bohaterem wielbicieli alternatywnych gwiazd dekady. w pierwszej kolejnosci oczywiscie Primusa, z liderem ktorychi Waits nawiazal nierozerwalny pakt, zobowiazujacy do wzajemnego wspomagania sia na studyjnych dokonaniach. na „MV” Primusowcy w komplecie (poza Claypoolem takze LaLonde i Brain) wywiazuja sie z obowiazkow juz w pierwszym tracku, kapitalnym „Big In Japan” – idealnej symbiozie stylistyk obu alternatywnych poteg.
fakt jednak jest taki, ze ten „Big In Japan” troche odstaje klimatem od reszty materialu. bo kolejnych 15 numerow – z wyjatkami wszakze, ale jednak – jest znacznie spokojniejsza, bluesujaca. co nie znaczy ze wyciszona – co to to nie, produkcyjnie i aranzacyjnie to wciaz Waits at his best (tym razem wspomagany przez malzonke, ktora tradycyjnie wspomogla takze przy pisaniu zdecydowanej wiekszosci materialu). ostatnio trafilem na ciekawa wypowiedz Waitsa, gdzie porownal Muzyke do kola, a tradycyjne instrumenty do klockow. chocby nie wiadomo jakby wymeczyc te wszelkie gitary i perkusje wpasowujac je do ow kola, zawsze zostanie wolne miejsce. i Waits jako producent stara sie je zapelnic za wszelka cene, siegajac po nawet najbardziej dziwaczne instrumenty. lepiej chyba tego ujac by sie nie dalo.
inna sprawa, czy zawsze te starania maja sens, czy same kompozycje na nie zasluguja. takze pod tym wzgledem jest przyzwoicie, choc… bywalo jednak lepiej. tak jak uwielbiam Waitsa refleksyjnego, melancholijnego, tak tutaj jednak zdecydowanych faworytow upatruje w utworach dynamiczniejszych, wrecz agresywniejszych. jak we wspomnianym „Big In Japan”, niemal hiphopozujacym (DJ w skladzie!) „Filipino Box Spring Hog” czy „Cold Water”. dorzucilbym do tej grupy takze „What’s He Building?”, kawalek absolutnie przegiety nawet jak na Waitsa – z przerazajaca niemal melodeklamacja, zgrzytami, noisami i innymi cudawiankami. sluchowisko radia dla wariatow. z klimatow spokojniejszych obstawiam gospelowy „Come On Up To The House”, przesiakniety dzwiekami harmonijki ustnej „Chocolate Jesus” czy waitsowo-balladowy jak w morde strzelil „Georgia Lee” (tu ciekawostka – wszystkie w jakims stopniu dotykaja kwestii wiary i religijnosci). w sumie nominowany do Grammy „Hold On” (ktorego ostatecznie nie zwyciezyl, ale za to caly album zgarnal nagrode w kategorii… folkowej) tez ma cos w sobie… aczkolwiek bywaja tu fragmenty (ok, dla przykladu: „Pony”) niby urokliwe, ale w sumie trudne do wybronienia w obliczu przyciecia materialu, ktore na pewno calosci dobrze by zrobilo – troche dluzy sie w pewnym momencie te 70 minut…
z Tomem Waitsem jest tak – zwlaszcza ostatnimi czasy – ze ponizej pewnego, calkiem zajebistego poziomu on nie schodzi. ale „MV” dla mnie jako calosc niespecjalnie ten poziom podwyzsza.
najlepszy moment: COME ON UP TO THE HOUSE
ocena: 7,5/10