Tom Waits – Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards
wydawca: ANTI-
eh, smutno tak jakos bez tej mojej Siostrzyczki w domu… w takich okolicznosciach Waits sie nadaje jak nikt inny.
czy „Orphans” jest Waitsowym dzielem zycia? niekoniecznie, ale to rzeczywiscie imponujacy projekt. 3 plyty, 56 utworow. bisajdy przemieszane z piosenkami premierowymi. stylistycznie wszystko, czego sie Waits wczesniej tykal plus pare nowosci. jednym slowem – raj dla Waitsofili.
skoro 3 plyty to wiadomo, ze kazda z nich musi miec unikalny dla zawartych nan piosenek wspolny, unikalny mianownik. i tak jest.
zacznijmy od pierwszej plyty – „Rozrabiakow”. plyta najbardziej energetyczna, rokendrolowa i chyba jednak najlepsza tutaj. zaczyna sie premierowym, promujacym wydawnictwo „Lie To Me”. i juz jest zaskakujaco i przepysznie. bujajacy biodrami podklad, melodyjny sznyt i Waits brzmiacy jak… Elvis Presley. cudo. przy „Lowdown” wracamy do bardziej nam znajomych rejonow boogie (choc w kontekscie Waitsa tez nie tak oczywistych). a potem: wiezenny rock w „Fish In The Jailhouse”, gospelowy „Lord I’ve Been Changed” czy bluesior w „Ain’t Goin’ Down To The Well”. najlepszy fragment? poza „Lie to Me” rozwala totalnie „Road To Piece”, gdzie w tekscie Waits idzie juz, ze tak to ujme, na wojne z konfliktem Palestynskim. niekoniecznie opowiadajac sie za ktorakolwiek ze stron. najwieksze rozczarowanie? chyba Ramonesowy „The Return Of Jackie And Judy”, znany juz z tributowego „We’re Happy Family”. moze pod wzgledem wykonawczym nie taki zly, ale chalupnicza troche nieweluje starania muzykow. dla rownowagi mamy swietna wersje Ramonesowej cud-piesni „Danny Says”, ale to na kolejnej plycie…
… ktora zwie sie „Bawlers”. czyli „Pyskacze”. nazwa pasujaca bardziej do trzeciej plyty w zestawie (ktorej nazwa z kolei bardziej pasowalaby do plyty omawianej w tym akapicie), no ale okej. tu mamy zas do czynienia z Waitsem lirycznym, balladowym. jak w przeslicznym, „pozdrozniczym” „Long Way Home” (przerobionym zreszta przez Nore Jones na „Feels Like Home”) czy jazzujacym „It’s Over”. poza Ramonesami Waits bierze tu na warsztat takze Tony’ego Edwards („Little Man”) czy nawet samego Franka Sinatre („Young at heart”). i w sumie ciezko teoretycznie sie przyczepic mocniej do ktorejs z kompozycji. jednak w takiej dawce troche ten zestaw nuzy, moze nawet bardziej niz „Alice”.
no i „Bastards”. zestaw najbardziej roznorodny, najbardziej eksperymentalny i, co za tym idzie, chyba najciezszy w odsluchu. i tez jakosciowo mocno niewyrownany. kapitalny jest oparty na beatboxie i Ribot’owej (chyba) gitarze „King Kong” Daniela Johnstona, ale juz utrzymany w podobnej konwencji „Bone Chain” trudno uznac za cos wiecej niz odrzut, ciekawostke. choc tu przynajmniej mozna mowic o Muzyce (warto takze wyroznic nagrany ze Sparklehouse „Dog Door”, powstaly w kolaboracji z Primusem „On The Road” czy „Books Of Moses”). bo takie „Children’s Story”, „Army Ants” czy „Nirvana” to czyste slowo mowione (ostatni oparty na tekscie Bukowskiego, a przedostatni na… encyklopedycznych faktach dotyczacych zycia mrowek). i w sumie, nie ukrywam, pare fragmentow silnie prowokuje do zadania pytania „czy swiat stracilby cos, gdyby te *kompozycje* nie wyszly nigdy z szuflady?”. choc na przyklad dodane jako bonusy koncertowa pogadanka „King Kong” czy nagrany na pelnym spontanie monolog „Missing My Son” przynajmniej smiesza…
trzeba tez wspomniec o oprawie graficznej calosci. CUDNEJ. swietne sa zwlaszcza fotografie – od artystycznych po okolicznosciowych fotek typu „spotkanie na szczycie” – Waits z Roberto Benigni’m, Keithem Richards’em czy… Nicolasem Cage’m.
dla fanow Waitsa pozycja obowiazkowa, dla reszty swiata – warta odsluchu, choc nie za wszelka cene.
najlepszy moment: LONG WAY HOME
ocena: 8/10

