rageman.pl
Muzyka

Tim Fite – 2 Minute Blues

rok wydania: 2006

wydawca: DIY

pobierz album

 

Kontynuujemy wątek.

Ok, teraz już wiem: koleś jest wariatem. Tym razem mamy do czynienia z, jak można się domyśleć po tytule, dwuminutowymi bluesami. Zatem choć jest tu 10 indeksów, tak całość znów nie przekracza 18 minut.

Jeśli ktoś oczekuje, że chłopak wybierając taki a nie inny tytuł dla wydawnictwa narzucił sobie jakiekolwiek ograniczenia owocujące wreszcie jakąś spójnością… cóż, niech oczekuje dalej. Owszem, jeśli chodzi o ramy czasowe to chłopak wywiązał się z zadania. Natomiast co do samej muzyki… ok, można przyjąć, że mają te wszystkie piosenki korzenie w bluesie. Natomiast są to tak różne jego oblicza, że chłopak tym albumem znów prosi się o skierowanie na badania na schizofrenię.

Zatem co tu mamy? Po nic nie mówiącym intrze mamy „I’ll Never Drown”, oparty głównie o dźwięki gitary akustycznej, choć w pewnym momencie wchodzi bagienny klawisz, kierujący całość w kierunku delty Mississippi. Dla odmiany następny „Bitchisaid” otwiera gitara elektryczna, w swym przesterowaniu osiągająca stan Nirvany. I choć potem wchodzi oldskulowa harmonijka ustna, rzecz ewidentnie ma posmak współczesności. Podobnie „Downturn”, gdzie sekcja rytmiczna narzuca tempo niczym z rockabilly. Ciekawe jest to, że akurat na tej płycie wokalizy Fite’a są dość jednorodne, które np w takiej aranżacji jak w „Downturn” kojarzą się z… Kings Of Leon. Mój Boże, nie sądziłem że kiedykolwiek w kontekście jednego artysty znamecheckuje zarówno Old Dirty Bastarda jak i Kings Of Leon.

Jedźmy dalej: „It’s Only Watching” brzmi znów korzennie-bluesowo, choć za sprawą interpretacji wokalnej Fite’a jest to wyjątkowo ponury blues. W przypadku jakiegokolwiek innego artysty dziwiłbym się, skąd w takim zestawie wziął się cyrkowo brzmiący track tytułowy. No ale już zdążyłem się przekonać, że akurat u tego Pana wszystko jest możliwe. „You’ve Been Warned” zaczyna się riffem sugerującym, że tym razem będziemy obcować z bluesem znanym z płyt Led Zeppelin. Na sugestiach się kończy, ale i tak jest to najbardziej energetyczna rzecz płyty. Dalej zaś mamy „I Called For You”, który jeśli nazwać bluesem, to raczej typu funeral blues (zbieżność terminu z nazwą płyty Marka Lanegana nieprzypadkowa). Przede wszystkim nazwałbym ten numer… ładnym. Dalej mamy jeszcze grany na bodajże ukulele „The Hostage And The Thief”, czysto harmonijkowy „No Harm Done” i bluesowa karuzela z wariatami dobiega końca.

Psychopata, zdecydowanie. Ale cholera, zaintrygował mnie. Wgłębiam się w temat dalej.

 

najlepszy moment: I CALLED FOR YOU

ocena: 7/10

Leave a Reply