rageman.pl
Muzyka

The Strength Of Unity

gdzie: Fantomas, Wejherowo

kto: Black Friday 29, Something Inside, No Heaven Awaits Us

 

niesamowite, gdzie hardkorowe wojaze potrafia zaprowadzic.

raz bylem w wejherowie. stare dobre czasy, Fobia Squad na dupnym festiwalu w Domu Kultury, 2002 czy 2003 rok? ah, dzialo sie wtedy. no w kazdym badz razie, byla to ma jedyna wizyta w wejherowie w calym moim zyciu. a dzisiejszego wieczora przyszlo mi po raz drugi zajechac na niemal sam koniec trasy skm’ki. a powod zacny – koncert hardcore.

tradycyjnie gig organizowany przez Paciora, choc tym razem nie Ucho, a Fantomas w wejherowie. czy dobrze sie stalo? ciezko powiedziec. jesli chodzi o sama lokalizacje, to zdecydowanie jestem na nie. i nie dlatego, ze mi niewygodnie jezdzic do wejherowa. chodzi o to, ze mieszkamy w smiesznym kraje, gdzie jedyna mozliwoscia, poza oczywiscie wlasnym wozem i hulajnoga, jest kolejka SKM. i od niej jestesmy calkowicie uzaleznieni. a ze z wejherowa odjezdzaja te kolejki rzadziej niz meteoryty spadaja na ziemie to raczej ciezko oczekiwac, by ktos byl takim maniakiem, by zostal na calym koncercie kosztem poczekania pare godzin na nastepna kolejke. no nie ma co ukrywac, ze wejherowo to taki maly koniec swiata hehehe… a jesli porownywac same kluby – tu tez Ucho wychodzi bardziej na plus. bo okej, ta mikroskopijnosc klubu miala swoje zalety, kontakt muzykow z publika calkowicie bezposredni, klima tez byla. ale jednak ja chce slyszec co muzycy graja. to raz. dwa, ze kurde, no ja nie mowie o jakichs luksusach. ale Fantomasowi bylo jednak blizej do Irisha w gdansku niz takiej np Radiostacji. znow sytuacja extremalna. mysle ze radiostacja nadawalaby sie na kompromis pomiedzy takimi pojebanymi audiofilami jak ja a tymi co przede wszystkim stawiaja na kameralnosc hehe.

dobra, jeszcze dodam, ze Fantomas nie posiada szatni, kibel to pozal_sie_boze i generalnie ma taki ciut nieudolny jednak klimat typu Klubowa w sopocie, i juz mamy zarys charakterologiczny klubu. publika? raczej podobna do tej na kazdym tego typu koncercie,tyle ze ciut mniejsza. ale w Fantomasie wygladalo to na tlok, wiec luz. ryje znajome kasi, winiaka, jedrasa, Moich ulubionych Autobusiar :), stalinskiego, paciora ofkors i krolika wystarczyly by sie zasymilowac z otoczeniem.

jako ze najdogodniejsza kolejka odjezdzala o 23.30 i organizator dobrze zdawal sobie z tego sprawe, koncert mial sie punktualnie zaczac o 19.00. niestety, nie wyszlo, i to bardzo. bo jesli mnie moja zniszczona alkoholem pamiec nie myli, to wszystko rozpoczelo sie kwadrans przed 21.00. no ale trudno sie mowi, moze tak musialo byc. jako pierwszy zaczal niszczyc jedyny reprezentant Polski teo wieczora, czyli No Heaven Awaits Us. ostatnim razem sie widzielismy dosyc dawno, bo w marcu zeszlego roku, wiec ciesze sie ze dane bylo odnowic kontakty. zwlaszcze ze troche sie u panow zmienilo. przede wszystkim – nowa plytka. a poza tym po staremu. dalej jazda na dwie gitary, bass, wokal i perke. dalej technicznie nic do zarzucenia, choc z racji naglosnienia nie dane sie bylo tym rozkoszowac. dalej pan wokalista zaskakuje dysonansem pomiedzy jego krucha postura a growlowa jazda w glosie. na plakacie NHAU okreslono jako „brutal mosh core”. co to znaczy? ano ciezar. kurewsko ciezki ciezar ze tak powiem. jesli zawartosc listy przebojow „30 ton” bylaby adekwatna do nazwy, to No Heaveni powinni niepodzielnie okupowac pierwsze miejsce. tyle ze kurcze… poltora roku temu bylem pod ogromnym wrazeniem. ale im wiecej muzyki sie nasluchalem przez ten czas, zwlaszcza tej z kregu hc, tym teraz mniej jestem sklonny sie zachwycac ta muza. jasne, najwazniejsza w tej muzyce jest tresc, idea i to sie nie zmienia. ale tyle zespolow, rowniez w polsce, pokazuje, ze mozna tez dbac jednoczesnie o jakosc numerow, ze ciezko przymykac oko na ta monotonnosc muzy nouhewenuf. bo koncert, energia wtedy generowana, to jedno. ale bootleg z takiego koncertu bylby nie do zniesienia do sluchaia w domu. czepiam sie, bo i tak jest to lepsze od calej hordy gotyckich i blackowych pomylencow. dalej bede sledzil ich poczynania. ale na wskoczenie do mojego top hardcore bands nie ma chyba szans hehe. przynajmniej na razie.

hmmmm dygresja bedzie. wsrod fanow kazdej muzyki sa debile. niestety, dotyczy to rowniez wydawaloby sie wymagajacej wiekszego Iq muzyki jak hardcore. ktos powie „spierdalaj, nie czujesz klimatu”. ale czy to nie hipokryzja w takim razie, gdy ten sam osobnik bedzie krecil beke z bialych rekawiczek i gwizdka u technomaniakow i kroku w kolanach i blanta w gebie u hiphopowca? pol biedy, gdy chodzi o Ucho, ktorego powierzchnia pozwala na to, by Ci niezainteresowani moshowaniem i karatepozami wycofsali sie na tyly i tam kontemplowaly muze ze sceny. tak samo kibole niech robia swoje ustawki w lasach i jest git. kazdy wyzywa sie na swoj sposob. natomiast gdy gig ma miejsce w takim Fantomasie, ktorego powierchnia jest mniejsza niz kibel w pigmejskim domostwie, sprawa przedstawia sie mniej rozowo. bo ci „outsiderzy” mimowolnie musza uczestniczyc w brutalnych zabawach i wtedy przestaje byc fajnie. nie wiem. gdy cos takiego widze na krolikowych koncertach jak te w radiostacji, wiem ze jest to tylko dodatek do muzyki. nie mam problemu ze znalezieniem „czegos wiecej” w calej tej imprezie, ideologia jest az nadto widoczna. juz na takich koncertach z hc klimatami mam juz problem z wyczajeniem przeslania. circle pity, karate chwyty jawia sie jako sens tych koncertow. szkoda, ze bylo to tak widoczne na No Heavenach.

bo gdy NHAU zszedl po ok. 40 minutach, ustepujac miejsce pierwszym gosciom z niemiec – something Inside – cos sie zmienilo. moze kwestia to tego, ze mniej znany to zespol i wiekszosc byla nastawiona na sluchanie. ale zaczelo byc hmmm… normalniej. dalej szalenstwo pod scena. ale tym razem muzyka wyzwalala takie zachowanie samoistnie z czlowieka. nie byla pretekstem. a moze chodzi o to ze ja wole takie granie jakie zaprezentowali panowie z SxI? oldskulowy hardcore z domieszka punku. tak jakbysmy sie przeniesli ponad dekade wstecz, do czasow gorilla biscuits, good clean fun. czasem pachnialo mi to stretch arm strongiem. tyle ze mi wszystko pachnie stretch arm strongiem, wiec przepraszam znawcow :] w kazdym badz razie zapachnialo starymi czasami. ale nie bylo mowy o jakichs retro wspominkach jebanych, co to to nie. oldskulowy klimat, ale energia jak najbardziej godna mlodych, pelnych energii aktywistow. szkoda tylko, ze caly set trwal moze ponad 20 minut. domyslam sie, ze starano sie zrealizowac plan „zdazyc przed 23.30”. szkoda ze kosztem tak dobrego zespolu…

okolo 22.30 przyszedl czas na ostatnia horde tego wieczoru. znow goscie z niemiec. Black Friday 29.

pooooooooooszlo. znow oldskul ciut, ale jednak inny niz something inside. znow nieodzowny zestaw dwie gitary, bass, perka i wokal. tyle ze gitary bardziej tnace, bez specjalnie melodyjnych wycieczek. brzmienie calkiem solidne, myslze ze maximum mozliwosci Fantomas klubu. wokal bardziej krzyczany, tez raczej bez spiewnych wycieczek. co zupelnie nie przeszkadzalo. bo byla moc. choc sabotowana przez psujacy sie majkrofon. damn, musze uzyc tego porownania. stretch arm strong. kochacie ten zespol? to pokochacie i Black Friday 29. a jesli nie znacie, to poznac musicie. bo wlasnie to jest dla mnie HARDCORE. takie wlasnie dzwieki przychodza na mysl, gdy pada haslo hardcore.

moze z tego wzgledu tez wyjatkowo dobrze odebralem to co podczas tego setu dzialo sie pod scena (???). szalenstwo, ale nie na sile. lazenie po suficie, circle pity maluskie i jeszcze duzo innych „pozycji na hardkorowca”.
czyli domyslacie sie, ze przyjecie tego zaledwie polgodzinnego setu bylo znakomite?

dzieki Pacior za kolejny dobry koncert. ktory stanowil swietna zabawe zarowno dla pasjonatow sceny, jak i zdystansowanych do idei melomanow. ma to sens, wiec choc ciezko, to ani mi sie waz rezygnowania z calej tej koncertowej zabawy ;P

 

najlepszy moment: BLACK FRIDAY 29 – KILL THIS DREAM

ocena: 7/10 

Leave a Reply