rageman.pl
Muzyka

The Rolling Stones

gdzie: Służewiec, Warszawa

kto: The Rolling Stones

 

Widziałem LEGENDĘ na żywo. Mogę umierać.

A największą beka było to, że o wyprawie na koncert Stonesów dowiedzieliśmy się tego samego dnia niemalże, o północy. „Chcecie jechać na Stonesów za free?”. No pewno! Dagmara, Bartek – jeszcze raz dziękujemy za danie takiej możliwości!!!!!!!!!!!

No więc jedziemy pociągiem w samo południe. Na miejscu, czyli w Warszawie, jesteśmy o 17.00. Na sam zaś Służewiec trafiamy z pewną obsuwą około 20.30. Choć specjalnego żalu nie ma. Bo o godzinie 18.30 produkował się pierwszy support, godzinę zaś później drugi. I tutaj będzie jeden, jedyny minus tego koncertu. Totalnie nietrafione supporty. Ja rozumiem, ze ciężko byłoby ściągnąć na support Metallikę czy Black Eyed Peas, jak to miało miejsce zagranicą. Ale na litość Boską – Tatiana Okupnik (jakby ktoś nie wiedział: ex- Blue Cafe) i jakiś zapomniany bluesman, o którym nie ma info w necie i którego NIKT w Polsce nie zna? To już wołałbym po raz tysięczny Comy posłuchać. Nic to, tyle w kwestii supportów.

Był to mój pierwszy koncert na Służewcu, więc parę slow o miejscu. Pół godziny z dworca centralnego, bardzo przyjemny, ogromny teren. Organizacja koncert bardzo dobra, choć Viva Art to jeszcze nie perfekcja Alter Artu czy Live Nation, nawet jeśli do niczego raczej przyczepić się nie było można. Specjalnie rzeczy nie przeszukiwano, a i sprawdzanie opasek przy wejściu na sektory raczej traktowano z przymrużeniem oka. My wchodzimy na sektor B2. czyli środeczek. Widać scenę – co zresztą unikalną zaletą nie było, ale o tym później. Widać muzyków, choć raczej zmarszczek z tej odległości dojrzeć się nie dało. Mogło być jednak gorzej – ciekawe jak to wyglądało z perspektywy sektora C. Zajmujemy miejsca i czekamy.

Rozglądamy się się dookoła. Publiczność raczej w wieku mocno dojrzałym, ale młode gęby tez dało się dojrzeć. Dobrze. Młodzież się zna na muzyce. A w końcu mówimy tu naprawdę o legendarnym zespole, z legendarnym składem, a nie jakieś popłuczyny typu Smokie z perkusista jako jedynym muzykiem z pierwotnego, największego składu or something. Niemal wszyscy mieli przylepiony charakterystyczny jęzor do ciuchów. Przypuszczam, ze pewnie gdzieś za darmo rozdawano te jęzory. Szkoda ze się nie załapaliśmy, bo wyglądało to dosyć fajnie.

Scena. Miąłem szczęście widzieć dużo koncertów. Za młodu Michaela Jacksona, ostatnimi czasy U2 był takim moim „naj” koncertem pod względem hmmm wielkości. Rolling Stones zdeklasowali konkurencję. Ta scena była OGROMNA. Ale nie, naprawdę, OGROMNA, okej? Pośrodku, nad platformą dla muzyków umiejscowiono wielki telebim, który pokazywał wyłącznie muzyków. Żadnych wizualizacji. Po bokach ciekawa konstrukcja oświetlenia, w kolorystyce białej. Dawało tak po oczach że ojacie. No, ale mówimy w końcu to The Rolling Stones. Rockandrollowy cyrk.

Pierwotnie zapowiadano start o 21.00. Czekamy, czekamy i nic. Lecą jakieś smuty z głośników. Ale w końcu, 20 minut później gasną światła. Na telebimie wizualizacja z wybuchami w roli głównej. No tak, w końcu to trasa promująca album „A Bigger Bang”, więc trzeba nawiązać do tytułu. Eksplozje na ekranie rozumiem, ale co tu robią te sztuczne ognie? Ej, o tam, ktoś stamtąd wychodzi! ONI! Rozpętuje się szaleństwo.

A przecież tego koncertu mogło nie być. Bo już mieli przyjechać rok temu, a tu nagle okazało się, że cała trasa odwołana ze względu na problemy zdrowotne Keitha Richardsa. Reumatyzm? Starczy uwiąd? Skądże. Z palmy spadł. Ale to było rok temu. Na początku roku ogłaszają nowy rozkład trasy. Tyle że już bez Polski. Całkiem niedawno okazało się, ze jednak przyjadą. A tylko dlatego, że odwołano w innym miejscu koncert. Więc wolna data. Więc wykorzystajmy ja!

A tu nagle – niedziela, 3 dni temu. Wypadek we Francji, żałoba narodowa, trzydniowa. Odwołano Roda Stewarta, odwołano Enrique Iglesiasa. Odwołają Stonesów? Wszystko wskazuje na to, że tak. Nie zobaczymy ich trzeci raz w Polsce. Ale jakiś czas później update: zagrają po północy, jak już skończy się żałoba. Dziwny pomysł, ale niech tak będzie. No i nagle: koncert odbędzie się normalnie. A część dochodu zostanie przeznaczona na rodziny ofiar. Najlepsze rozwiązanie jakie mogło być. Odwołanie koncertu nikomu życia by nie przywróciło, a tak przynajmniej miły gest i troska o tych, którzy tu są i cierpią. Wielki Szacun.

Mimo wszystko do końca nie wierzyłem że się odbędzie ten koncert, nawet będąc już na Służewcu. Ale oni już tu są, już graja. „START ME UP”! Ogień!!!!!!!!!!!!!!

Na scenie cała orkiestra. Klawisze, dwuosobowy chórek, sekcja dęta, gitara akustyczna, bass sidemanującego Stonesom od prawie dwóch dekad Darryla Jonesa. Pośrodku sceny, za naprawdę niewielkim zestawem perkusyjnym, ubrany w najzwyklejsza koszulkę, w fazie zakończonego pełnym sukcesem siwienia – Charlie Watts. Koleś który gra tyle, ile dokładnie trzeba zagrać. Nic więcej. Biegający to na lewą, to na prawą stronę, wciąż „nowy” (choć w zespole już od 30 lat), gitarzysta Ron Wood. Może nie tak widowiskowy jak gitarzysta, o którym zaraz będzie mowa, ale za to chyba z większym wkładem w muzyczny aspekt koncertu. Na drugiej gitarze, wyglądający jak najprawdziwszy Pirat z Karaibów – Keith Richards. W przeciwieństwie do Wooda, raczej nie ruszający się z miejsca tuż obok perkusji. Ruchliwością przebijał za to wszystkich Mick Jagger. Nie dziwie się, że uważany za symbol sexu. Sam bym mu się oddał – true story, bro. Ryj najbardziej paszywy z parszywych, ale te ruchy… moc. A przy tym jaki poliglota! Cały czas nawijał po polsku. „Dziakuja” i „dobry wieczor” to standard, ale „wygladacze wspanyale” czy „co za cudowna noc” to już chyba nie? Albo przedstawienie zespołu po polsku – no dobra, tylko perkusisty, ale zawsze!.

Cóż, tak się ostatnio złożyło, że trasa stanowi głównie pretekst do odbycia kolejnej wielkiej trasy koncertowej (obecna jest oficjalnie najbardziej dochodową trasą w historii, nie tylko tej dotyczącej samych Stonesów). Ci panowie nagrali już wiekopomne płyty i jest im całkowicie przyzwolone wydawać średniawe płyty takie jak „A Bigger Bang”. I nawet nie próbują promować tych wydawnictw na siłę – z ostatniej płyty zagrali jedynie „Rough Justice”, jeden z nudniejszych fragmentów koncertu zresztą. A tak to sama klasyka. Oraz ciekawostki – jak cover Jamesa Browna „I’ll Go Crazy”, gdzie na telebimie jeden jedyny raz wyświetlano coś innego niż muzyków RS, a mianowicie zdjęcia Jamesa Browna. W tym też numerze w pewnym momencie pierwsze skrzypce zaczęła odgrywać chórzystka (oczywiście czarnoskóra, jak jej kolega z chórków zresztą). Aretha Franklin to nie była, ale zaimponowała głosem, a przy okazji wytworzyła z Jaggerem zajebisty duet wokalno-erotyczny.

Po przedstawieniu przez Jaggera zespołu, gdzie na końcu wymienił Richardsa, ten został sam na scenie. Więcej: stanął nawet przy mikrofonie. Publika długo go do głosu nie mogła dopuścić, cały czas go oklaskując. Gdy w końcu się uciszyła, Keith przemówił. „Hi Guys!”. I ten szelmowski, piracki uśmieszek. Za to go uwielbiamy. Dodał, że cieszą się z drugiej wizyty w PL (pojebało mu się, no ale halo, jemu akurat może się pojebać). No i zaczął… śpiewać. Najpierw tylko z akompaniamentem Wooda wykonał „You Got The Silver”, a potem już z całym zespołem na scenie (poza Jaggerem ofkors) – „I Wanna Hold You”. Trzeba przyznać, że skurczybyk nie dość że jest zajebistym gitarzystą, to jeszcze jak na mój gust wokal ma całkiem całkiem.

Co jeszcze? „Love Is Strong”, gdzie z kolei Jagger popisał się (nie jedyny raz zresztą w trakcie tego wieczoru) grą na harmonijce ustnej. Przy „Brown Sugar” w pewnym momencie zrobiła się przed sceną ściana ognia. Zajebisty efekt. Najciekawiej się jednak zrobiło, gdy w trakcie „Miss You” fragment sceny zaczął się wysuwać do przodu, aż w końcu tak się wysunął, że sektor B1 miał go na wyciągnięcie ręki. A i z miejsca, w którym staliśmy, było zajebiście widać muzyków. I tak oczywiście wszyscy wokół zaczęli napierać by być blisko piątki muzyków (na ów wysuniętej, małej scenie poza podstawową czwórką znalazł się jeszcze basista). Potwierdzili, że i na scenie wielkości małego pokoju czują się doskonale. W tym czasie poleciały: „It’s Only Rock’n’roll”, „Get Off My Cloud”, a w trakcie „Honky Tonk Woman” zaczęli wracać na właściwą scenę. Podczas gdy młodzieńcy produkowali się na małej scenie, telebim nic nie pokazywał, bo w pewnym momencie zaczął się z niego wysuwać… wielki gumowy jęzor. Czy trzeba jeszcze dodawać, że to show było najlepszym jakie widziałem?

A przecież i muzycznie to była czysta poezja. Poza już wymienionymi był jeszcze „Jumpin Jack Flash”, magiczne „Paint It Black”, „You Can’t Always Get What You Want” z chóralnym wyśpiewywaniem refrenu przez publikę, „Midnight Rumbler”… no i po zejściu ze sceny i ponownym wywołaniu na scenę to, na co wszyscy czekali. I can’t get noo satisfactiooooooooon! Dla takich chwil warto żyć. Usłyszałem ten klasyk jak najbardziej na żywo, czuję się spełniony. Nawet jeśli nie było „Sympathy For The Devil” – co odbieram jako szacunek dla ofiar tragedii we Francji, bo przecież zawsze grają ten numer.

Dwie magiczne godziny. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że mówimy o 60letnich kolesiach wychodzi na to, ze to najbardziej energiczna kapela na świecie. Czy największa? Ponoć teraz największą kapelą na ziemi jest U2. Być może tak. Ale jeśli chcemy pierwotnego rock and rolla, gdzie chodzi tylko o zabawę, a nie o zbawianie świata, to trzeba się zwrócić do Jaggera i spółki. Show, fenomenalna, inspirująca do dziś muzyka, kontakt z publiką. To wszystko może iść w parze. Gwiazdeczki z Red Hot Chili Peppers, uczcie się od starszych kolegów.

 

najlepszy moment: PAINT IT BLACK

ocena: 9,5/10

Leave a Reply