rageman.pl
Muzyka

The Rapture – Pieces Of The People We Love

rok wydania: 2006

wydawca: Vertigo

 

juz oficjalnie: BLOG WRACA DO ZYCIA. nie wiem czy z codzienna aktualizacja, ale na pewno czestsza niz raz na miesiac.

nie uwazam ostatni miesiac niepisania za stracony wprawdzie, ale milo powrocic do pisania. tym bardziej ze baterie podladowane itp. czy bedzie to widac w dzisiejszej notce? zobaczymy, heh.

wrocmy zatem do watku przerwanego jakis czas temu. czyli wciaz najswiezszego longpleja The Rapture.

w jakiej labelu znajduje sie w tym tygodniu kwartet? Vertigo, a w Stanach to nawet prestizowy Motown. i choc ta ostatnia nazwa zwiazana jest z kokretnym, specyficznym soundem, to nas bardziej interesuje to, w jakiej lidze (wytworni) The Rapture nie gra. nowojorczycy zegnajac sie z DFA Records podziekowali zarazem za wspolprace wspokleatorom ich genialnego brzmienia, czyli Jamesowi Murphy’emu i Timowi Goldsworthy’emu. warto bylo?

warto. bo choc w powszechnej opinii krazek ten nie przebija swego oslawionego poprzednika „Echoes”, to jest to moim zdaniem najlepszy nastepca tamtego albumu, jaki mogli ci panowie nagrac. chociazby dlatego, ze nie jest to „Echoes 2”. dlatego, iz najlepiej jak mogli wykorzystali to, co daly im nowe okolicznosci, w jakich sie znalezli po sukcesie debiutu. moze nie byla ta plyta jakims wielkim sukcesem komercyjnym, ale artystycznie zarzadzila na tyle, ze wspolpracowac z nimi chcial kazdy. niesamowita jest droga, jaka przeszli ci panowie – od Sub Popu po nagrywki z Justinem Timberlake’m, sztame z The Neptunes i wspolprace z Danger Mousem (jego ziom z Gnarls Barkley, Cee-Loo, udziela sie zreszta u nowojorczykow w chorkach). na papierze, szczegolnie dla antypopersow, moze to wygladac jak najgorzej, zdrada idealow, komercjalizacja itepe. w praktyce jest to jak najzdrowszy, logiczny rozwoj.

i choc koniec koncow z tych wszystkich wielkich nazwisk producenckich ostatecznie na plycie odcisnal swe pietno tylko wspomniany Danger Mouse, to plyta brzmi jak prawdziwa pop maszyna za wielomilionowe sumy, za ktora stoi od groma inwestorow i wlasciciele odnotowywani na wall street. „Echoes” to prawdopodobnie szczytowe dzielo dance-punku czy jak to tam sie smiesznie nazywa. „Pieces…” to zapomniany, najprawdziwszy klasyk popu. nie „Thriller”, „Rio” czy „Like A Virgin”. ale „Back to Black” czy „Nasz Ziemski Eden”? czemuzby nie.

choc poczatek albumu zapowiada naprawde killerskie (nie, nie chodzi o The Killers, you dumbass) klimaty. „Don Go Do It” z tymi anielskimi wieloglosami na poczatku, ultrapozytywnymi wokalami Jennera w zwrotkach (czy kiedys on mnie denerwowal tymi wysokimi rejestrami? nieeeeee, nigdy w zyciu!) i cudnie przycinajaca gitara w refrenie powinien leciec w radiu regularnie co 5 minut. nie, ten kawalek powinien miec WLASNE radio, w ktorym lecialby non stop. potem zas wchodzi zdecydowanie inny w klimacie, ale wciaz wywodzacy sie z rejonow Zajebistosciolandu track tytulowy. jeden z dwoch wyprodukowanych przez Danger Mouse’a, oparty na kapitalnej rytmicznej paradzie i swietnie prowadzonym wokalu Safera (na wysokosci tego albumu mozna bylo go uznac juz zdecydowanie za wokaliste bandu na tych samych prawach co Jennera). po takich dwoch piosenkach kazdy zespol by sobie odpuscil reszte plyty. jest super, bedzie zlota plyta, dobrze wykonalismy swa robote, nie ma takieog bicia, dobranoc. a oni dalej mierza w srodek tarczy – podchodzace wczesnym Stingiem wokale w zwrotce i saxofon w refrenie „Get Myself Into It” rozkladaja na lopatki doszczetnie. tak samo jak bass „First Gear”, chyba najambitniejszy aranzacyjnie „The Devil” (chyba slyszalem cowbella!) jako calosc. natomiast w „Whoo! Alright Yeah… Uh Huh” niby jest fajnie, ale tu juz ambitne podejscie do aranzacji zaowocowalo lekkim przekombinowaniem. na wysokosci tego traca zaczyna sie ten sam problem, ktory nie pozwolil zostac „Loose” Nelly Furtado instant klasykiem. bo „Calling Me” i „Down For So Long” sa zwyczajnie slabe. a w kontekscie tego co dzialo sie wczesniej wrecz mecza. i choc hitlerowskie pierdolniecie syntezatorow „The Sound” znow stawia na bacznosc, to sredniactwo zamykajacego stawke „Live In Sunshine” znow wzbudza watpliwosc co do oceny calosci.

niemniej spojrzmy na statystyke tego typu: 10 numerow. 6 trackow oscylujacych wokol szkolnej piatki, dwom sposrod nich dalbym szostke z korona. jeden numer wzbudzajacy watpliwosc co do swej zajebistosci i 3 numery ewidentnie nijakie. przypuszczam ze slabosc ocen koncowych „Pieces…” u recenzentow wynikala z tego, ze nawet dajac podobne oceny poszczegolnym piosenkom zamiast wyciagac srednia koncowa oceniali material jako calosc dodajac do tego kontekst „Echoes”. nizej podpisany uwaza zas, ze nie tylko w kontekscie poprzednika „Pieces…” wypada zajebiscie. wiecej – panowie robia na tej plycie wszystko, bysmy zapomnieli o tym kontekscie. dlatego 8,5 musi byc jak nic. tym bardziej warto tak wysoko ocenic, bo kolejnej okazji moze juz nie byc. po4 latach oczekiwania na nowy material i odejsciu Safera wiele wskazuje na to, ze nie tylko nie bedzie kolejnego „Echoes”, „House of…” czy „Pieces Of…”, ale nie bedzie niczego.

(watek dla gadzeciarzy: brytyjska edycja albumu pozwala po wlozeniu cd do kompa polaczyc sie ze strona, gdzie umieszczono bonusowy track zespolu. milo, szkoda tylko ze nikt z autorow pomyslu nie zadbal o to, aby gest mial sens pare lat po wydaniu krazka i ten track dalej lezal w tym samym miejscu)

 

najlepszy moment: po dluzszym namysle… GET MYSELF INTO IT

ocena: 8,5/10

Leave a Reply