The Prodigy – The Fat Of The Land
rok wydania: 1997
wydawca: XL
wracamy do elektroniki.
kto wlasciwie nie zna tego albumu? nie wiem jak u Was, ale w ’97 na moim podworku tej plyty sluchal KAZDY. i chociaz dzis bardziej wypada wrecz chwalic poprzednie albumy (o ile ktos uzna, ze The Prodigy nie jest passe i ze warto o nim rozmawiac), tak dla mnie faworytem jednak pozostaje trzeci album brytyjczykow.
byc moze dlatego, ze zaden ze mnie rejwowiec, a i jesli chodzi o sama elektronike wciaz uznaje siebie za laika w temacie. owszem, uwiebiam sporo piosenek z przeszlosci Howletta i spolki (na czele z „Voodoo People”) ale to wlasnie TFOTL lykam w calosci, od poczatku do konca.
byc moze dlatego, ze rzeczywiscie plyta jest przystepniejsza od wczesniejszych dokonan, choc zarzuty o spopowienie/sprzedanie sie za moim zdaniem wyssane z dupy. moze tez chodzi o to, ze sporo tu jednak rockowego feelingu, dzieki czemu nie ma problemu by postawic ow album na polce obok Nine Inch Nails czy nawet Fear Factory. rockowosc osiagana ta jest na rozne sposoby. raz jest to branie na warsztat calych cudzych kompozycji („Fuel My Fire” z repertuaru L7), innym razem tylko sampli (riff w „Serial Thrilla” ze Skunk Anansie). sporo tu tez goscinnych wokali, i to glownie ze swiata gitar – przede wszystkim Crispian Mills z Kula Shaker w orientalizujacym „Narayan”, ale tez ledwo slyszalna Saffron z zapomnianej juz Republiki (brytyjskiej, nie polskiej, rzecz jasna) w „Fuel My Fire”. ponoc w sesji brali tez udzial Skin ze wspomnianego Skunk Anansie i Matt Cameron z Soundgarden/Pearl Jam, ale ich obecnosci ni *uja moge sie doszukac. natomiast slyszalna jest gitarowa obecnosc Jim Daviesa z Pitchshifter, ktory dlugo tez u The Prodigy terminowal jako gitarzysta koncertowy. transformacji na cos na ksztaltu rocka elektronicznego (okej, moze jednak bardziej rockowej elektroniki) dopelnia punkujacy spiew Keith Flinta, ktory w tym okresie wyrosl wrecz na frontmana The Prodigy.
okej, moze nie ma tu nagminnego klepania rock/popowego schematu zwrotka-refren. ale nigdy wczesniej w tym zespole wokale tak czesto nie prowadzily calej piosenki, zamiast stanowic jeden z instrumentow. sztandarowy przyklad – singlowy „Firestarter”. gdyby nie troszke nienormalny rytm (ktory i tak bylby w stanie zagrac sprawniejszy perkusista) bylaby zwyczajna piosenka, spokojnie dajaca sie przetransferowac do stricte rockowego formatu. takiego, gdzie panuje riff, calosc zabezpiecza bass, a wokalista drze morde. przypuszczam ze dla fanow „Charly” mogl to byc szok. ja akurat wlasnie dzieki temu numerowi odkrylem the prodigy i nie ukrywam, ze mam do tego tracka mega sentyment… anyway, warto jeszcze wspomniec w tym akapicie o „Diesel Power”, czyli drugim najbardziej uciekajacym od przeszlosci zespolu numerze. tyle ze tym razem zamiast rocka to w kierunku rapu. tradycyjna nawijka Kool Keitha (ktorego w wersji zsamplowanej mozna uslyszec tez w „Smack My Bitch Up”) i beat, ktory spokojnie moglby trafic na plyte bardziej wszechstronnych wykonawcow HH. jaram sie.
pare tytulow piosenek juz padlo, nalezy wspomniec jednak o innych. przede wszystkim singlowy poczatek: „Smack My Bitch Up” i „Breathe”. ubostwiam poczatek tego pierwszego, z budowaniem napiecia poprzez dokladanie kolejnych partii instrumentalnych, az po wejscie wokalu z powtarzanym „change my pitch up, smack my bitch up”. no i ta srodkowa partia z zenskimi, hinduskimi wokalizami – fuckin’ odlot, po ktorym wracamy na impreze, tj do tematu glownego. byc moze to sila autosugestii sprowokowanej legendarnym klipem, ale ten numer naprawde brzmi jak zywcem wyjety z suto zakrapianego dragami i praktykami s&m melanzu.
„Breathe”. tutaj juz rzadza i dziela na spole panowie keith i maxim. pierwszorzednie sie te ich wokalizy uzupelniaja, powazka – 10/10. muzycznie tez jest pelen konkret. czad, ktory dlugowlosi panowie mogliby okreslic mianem rockowego, ale jednak sprawa juz nie jest tak prosta jak w przypadku „firestartera”. no i znow prowokujacy do lewitowania wtret w srodku numeru, zakonczony dzwiekiem typu „z bicza strzeli” i repryza dzwieku z poczatku numeru. jaram sie. aha, klip tez siada na bani i to doslownie – do dzis czuje sie nieswojo ogladajac go.
co jeszcze? o „Narayan” juz wspominalismy. dla mnie ten numer zawsze bedzie juz sie kojarzyl z wakacjami w czechach ’05 i moim zamroczeniem po spozyciu absyntu. naprawde, przez pare minut czulem sie zywcem przetransportowany z kraju pepiczkow wprost do indii. hare hare! w podobnym klimacie utrzymane sa stricte instrumentalny, a m.in. przez to najblizszy wczesniejszym dokonaniom „climbatize” czy „mindfields”, gdzie na pierwszy plan wysunieto maxima.
plyta bez ewidentnie slabych czy nawet sredniackich numerow. nie wyobrazam sobie lat 90tych bez niej.
najlepszy moment: SMACK MY BITCH UP
ocena: 9/10