Cypress Hill – Black Sunday
rok wydania: 1993
wydawca: Soul Assassins
zostajemy w pieknych latach 90tych. omowilismy juz cypress hill w nowym wydaniu, przeznaczonym na XXI wiek. czas wreszcie siegnac do klasyki.
poczatek ubieglej dekady to naprawde byl piekny czas, kiedy ludzie naprawde kumali alternatywne granie. i byla to tak pokazna liczba osob, ze underground stal sie na chwile mainstreamem. uznaje sie, ze debiut „Far Beyond Driven” Pantery na pierwszym miejscu amerykanskiego Billboardu jest jednym z najwiekszych precedensow nie tylko tej listy, ale i muzyki popularnej w ogole. to co powiedziec o osiagnieciu przez „Black Sunday” rowniez szczytu tej listy? przez plyte, ktora stanowi jeden wielki manifest promarihuanowy?
tym bardziej jest to dziwne, ze na pierwszy rzut ucha trudno uznac nastepce legendarnego debiutu za specjalnie przystepny. nie mowiac juz o przebojowosci. jedna wielka muzyczna magma, w ktorej fani Flo Ridy czy nawet 50 centa pogubia sie juz po 5 minutach. nawet przystepujac do odsluchu w stanie upalenia, bo chyba przy takim stanie umyslu i ducha nalezy sluchac tej plyty. a jednak to wlasnie z tej plyty pochodzi najwiecej singli cypressa i to wlasnie stad pochodzi najwiecej faworytow wielbicieli b-reala i kompanii. „I ain’t going out like that”, „when the shit goes down”, „cock the hammer”, „i wanna get high”, „hits from the bong”, to name a few. no i przede wszystkim Klasyk Absolutny – „Insane in the brain”. z najbardziej zapamietywalnym refrenem, ktorego slowa wlazly juz do mowy potocznej wrecz.
wlasnie, slowa. nie ma co ukrywac, ze w tym zespole zawsze byl B-Real, dlugo dlugo nic i potem dopiero Sen Dog. na pozniejszych plytach ten drugi mial juz ciut wiecej do powiedzenia, ale na „BS” bryluje w calej okazalosci B. i dobrze. bo to jeden z najcharakterystyczniejszych glosow rapu, z rownie unikalnym flow, a i same tworzone linijki to tez ekstraklasa. to co jednak stanowi naprawde o potedze tego albumu to podklady dj muggsa. teoretycznie tak jak na prawdziwy oldskul przystalo – gesto posilkujace sie samplami. ale efekt koncowy to cos bez precedensu na owczesnej scenie hiphopowej. mozna od biedy bylo skojarzyc CH z west coastem (z ktorego zreszta sie wywodza), tyle ze bardziej ice cube niz dr.dre, ale jednak – unikat. nie wiem, na ile inspirujacy sound byl to dla amerykanow, ale w przypadku polski moznaby spokojnie powiedziec, ze bez tej plyty rozwoj polskiego rapu moglby wygladac zupelnie inaczej. ba, byc moze w ogole by tego rapu nie bylo. niby nie kazdy sie zgodzi, ze liroy, nagly atak spawacza czy bolec, ktorzy zrzynali z cypressow na potege, to wykonawcy, ktorzy kladli podwaliny pod rozwoj gatunku w PL. ale juz w przypadku Kalibra 44 i ich psychorapu, w ktorego powstanie bez znacznego wkladu CH ciezko byloby mi uwierzyc, watpliwosci co do przelomowosci nie ma. a juz wychodzac poza polskie podworko – wydaje mi sie, ze do skumania sie muggsa z jednym z ojcow chrzestnych triphopu – tricky’m – tez musialo predzej czy pozniej dojsc.
trzeba znac.
najlepszy moment: INSANE IN THE BRAIN
ocena: 8,5/10