rageman.pl
Muzyka

The Lord Of The Rings: The Fellowship Of The Ring

rok wydania: 2001

wydawca: Reprise

 

z racji tego, ze malo na tym blogu obiecanych wtretow osobistych, wiec rehabilituje sie: Olu i Bertolu! Paulino i Tomku! szerokiej drogi! a takze jak najwiecej szczescia i zdrowej zywnosci na waszych nowych drogach zycia!

dawno nie bylo o soundtrackach, wiec oto wracamy do tematu. tak sie jakos zycie potoczylo, ze sciezka dzwiekowa do Wladcy Pierscieni jest uznawany nie tylko za najwieksze dokonanie Howarda Shore’a, ale i w ogole za jeden z naj soundtrackow ever. czyzesz slusznie?

jak juz wspominalem, znacznie bardziej wole kameralne sciezki dzwiekowe, popelniane przez mistrzow typu Lorenc. nawert milo czasem pomeczyc ucho wypasionymi hollywoodzkimi produkcjami. zwlaszcza ze i w takim gatunku zdarzaja sie cudne rzeczy, jak omawiany swego czasu „Braveheart”. niestety, OST do pierwszej czesci adaptacji tolkienowskiej trylogii do takich wyjatkow sie nie zalicza. tak jak nie potrafilem w pelni zanurzyc sie w magii swiata wykreowanego przez petera jacksona (ksiazki nie czytalem), tak i dzielo Shore’a mnie nie porywa. choc bylo blisko. bo „hobbitowski temat” w postaci „Concerning Hobbits” to naprawde cudna sprawa. pare pomniejszych fragmentow tez daloby sie wymienic. niemniej jednak nie udalo sie moim zdaniem stworzyc odrebnej calosci. muzyki, ktora porywalaby w oderwaniu od filmu. za duzo tu typowych orkiestracji, chorow i innych holywoodzkich pierdol, a za malo czegos, co stanowiloby o unikalnosci tego wydawnictwa.

tak wiec kolejny raz najbardziej robia mnie fragmenty, w ktorych pojawiaja sie wokale. zwlaszcza dwa zenskie. zjawiskowy wokal Elisabeth Fraser (Cocteau Twins) kruszy serce w „Lament for Gandalf”. szkoda ze to wlasciwie fragmencik. gdyby pociagnieto temat… ale i tak jest hajlajt albumu. znacznie bardziej wyeksponowano udzial pani, ktorej ksywe podam w mianowniku, poniewaz nie mam bladego pojecia jak sie to odmienia. wiec: Enya. „The Council Of Elrond” to rzecz bardziej wtopiona w klimat albumu. bo widac, ze konczacy calosc „May It Be” zostal wykreowany na przeboj. w duchu tej artystki oczywiscie, wiec w radiu Eska numer by raczej nie polecial. ale jednak. moze i fajnie puentuje calosc jako rzecz przepelniona nadzieja, niemniej sam w sobie sprawia mocno komercyjne wrazenie.

w swej holywoodzkiej kategorii to ladna rzecz, co nalezy odnotowac. i zapewne malo kto zawraca sobie tym glowe, niemniej wciaz sie zastanawiam, jak sobie poradzilby z tematem Wojciech Kiler, ktory rzekomo jako pierwszy przymierzal sie do oprawy muzycznej „Wladcy”.

 

najlepszy moment: ELISABETH FRASER – LAMENT FOR GANDALF

ocena: 7,5/10

Leave a Reply