rageman.pl
Muzyka

The John Scofield Band – Uberjam

rok wydania: 2002

wydawca: Verve

 

nie zgadniecie o kim dzis bedzie mowa.

powiedzmy sobie to od razu – ta plyta to ewenement. oczywiscie ze wzgledu na Muzyke na niej zawarta. ale tu nie chodzi tylko o to, ze Scofield odlecial.

aby zrozumiec w czym rzecz, wyobrazmy sobie ze kariere kazdego Artysty moznaby przedstawic za pomoca wykresu (co chyba trudne nie bedzie). i jako taki posiada zarowno szczytowe momenty, jak i punkty najbardziej „zdolowane” (wiem, pewnie sa na to fachowe terminy, ale wybaczcie – edukacje zakonczylem juz jakis dluzszy czas temu). w przypadku muzykow tymi punktami przewaznie sa konkretne wydawnictwa fonograficzne. niemalze rownie czesto zdarza sie, ze taki najwyzszy punkt wykresu znajduje sie na jego samym poczatku. innymi slowy – najczesciej najlepsza plyta danego muzyka jest jego debiut fonograficzny. na drugim miejscu w hierarchii prawdopodobienstwa jest to, ze hajlajtem kariery jest drugi album. na trzecim miejscu – trzeci album, i tak dalej. reasumujac – im dalej w las, tym artystom coraz trudniej stworzyc swe najlepsze dzielo. wiele prawdy w tym, ze Sztuka nalezy do mlodych, takze Muzyka. i chociaz nie znaczy to, ze tylko muzyka debiutantow jest cos warta (sam, chocby z racji sentymentu, wole sprawdzic czym popisali sie jacys moi bohaterowie sprzed lat niz maniakalnie obczajac nowosci muzyczne), to prawda jest taka, ze jesliby poszukiwac muzyki rewolucyjnej, inspirujacej, swiezej, moze nawet bedacej w stanie zmienic bieg historii muzyki, zdecydowanie nalezy szukac takowej wsrod mlodziezy, a nie dziadkow zajmujacych scene muzyczna od przynajmniej dekady.

i wlasnie w tym koncekscie „Uberjam”, ze swoja uberzajebistoscia, jest ewenementem. wszak mowimy o plycie muzyka, ktory w momencie tego albumu mial 51 lat, muzyczny staz w liczbie 25 lat (liczac od daty wydania plyty podpisanej wlasnym nazwiskiem) i jeszcze wiecej plyt na koncie. ale kontekst historycznosci tej plyty jest znacznie szerszy niz ramy dyskografii tego gitarzysty.

wiecie, nie chce zgrywac eksperta od jazzu, bo nigdy nim nie bede, ale mozna zalozyc, ze gatunek ten najlepsze lata ma juz za soba. moznaby nawet uscislic, ze ow najlepsze lata skonczyly sie wraz ze smiercia Milesa Davisa. a w dalszej kolejnosci Armstronga, Monka, Coltrane’a i Mingusa. nie ma co skreslac jeszcze zyjacych Hancocka czy Shortera, ale jest wielce prawdopodobne, ze i oni juz niczym nie zaskocza (przynajmniej na polu muzyki). oczywiscie ignorancja byloby uzycie slowa „stagnacja”, bo przeciez caly czas jednak cos sie dzieje w tym nurcie, powstaja nawet nowe odlamy, plyty wciaz wzbudzaja zainteresowanie… ale na nowe „Kind Of Blue” chyba nie ma juz co liczyc. podobnie zreszta jak z muzyka rockowa. niby wciaz nie jest dead, ale czy ktos spodziewa sie jeszcze zespolu na miare The Beatles, Led Zeppelin czy Pink Floyd, lub chociazby nawet Nirvany? (chyba trzeba jednak nadmienic, ze nie chodzi tylko o rzeczywista wartosc muzyki – cokolwiek to jest – ale i otoczke, „szum” medialno-spoleczny ktora jest w stanie wywolac).

ale „Uberjam” to nie tylko klasyk Jazzu XXI wieku, bo to troche jednak tak jakby powiedziec, ze FC Barcelona jest najlepsza druzyna Katalonii. mam nadzieje ze lapiecie porownanie. „Uberjam” to plyta, ktora moze spokojnie stanac w szranki z plytami tworzacymi kanon Jazzu w jego ogolnej postaci, tymi ktore pchaly ten gatunek do przodu przez caly ubiegly wiek. i ocena 8,5/10 to naprawde najnizszy wymiar kary dla niej.

ale co tez jest dosyc wazne – album ten nie moglby powstac w ubieglym wieku. a przynajmniej nie w tym czasie co „Bitches Brew” czy „Speak No Evil”. nawet nie w czasach najwiekszego prosperity jazz fusion. wymony jest cytat wypowiedzi Scofielda z wlepki umieszczonej na okladce „Uberjam” – ze, wg jego autora, z wszystkich plyt gitarzysta wspomniany Miles Davis (z ktorym Sco mial okazje wspolpracowac, jak zreszta kazdy wybitny jazzman) bylby dumny najbardziej z „Uberjam” wlasnie. z plyty, ktorej tak jak dokonania Davisa, najbardziej poszerzaly ramy gatunku. trudno sie nie zgodzic z ta wypowiedzia.

okej, ale na czym to poszerzanie gatunku polega? najprosciej rzecz ujmujac – na inkrustowaniu gatunkow muzyki rozrywkowej, w szczegolnosci elektroniki, funku i hiphopu. okej, daloby sie znalezc bardziej awangardowe pomysly – sprobojcie wyobrazic sobie pop-punk jazz czy disco polo jazz. ale i tak bylo to ze strony Sco ryzykowne posuniecie. wszak moglby produkowac na kilogramy kolejne odmiany „Quiet” chociazby i purysci jazzowi byliby wniebowzieci. a on nagral cos zgola odmiennego – plyte glosna jak cholera. posiadajaca obezwladniajacy groove, a jednak nie nalezaca do najprzyjemniejszych w odsluchu.

sukces tego albumu polega nie na tym, ze Sco inkorporowal do swej dzwiekowej krainy dzwieki z przeciwleglego bieguna. chodzi o to, ze zrobil to DOBRZE, a nawet z klasa. w czasach, kiedy ludzkosc jara sie polaczeniem emo z crunkiem badz rapu z dyskoteka, a sami muzyci i recenzenci kombinuja jakich jeszcze polaczen gatunkow nie bylo, powyzsze stwierdzenie nie jest takie oczywiste. ale tez – nie jest zanadto zaskakujace.

bo to, ze John Scofield ma funk we krwi, wiadomo juz od dluzszego czasu. ale tajemnice sukcesu wyjawia po czesci sklad jego nowego Bandu. bandu zlozonego z malo znanej mlodziezy. malo znanej, ale piekielnie zdolnej. pochodzacy z Izraela Avi Bortnick z rowna wprawa posluguje sie gitara (sama obecnosc rytmicznej gitary w muzyce Sco tez jest nie lada nowoscia) co samplerem. a Adam Deitch, poza bebnieniem (w PERFEKYJNY sposob, trza powiedziec) zajmuje sie takze produkcja podkladow, i to nie dla byle kogo: 50 cent, Redman, Talib Kweli, by wymienic paru slynniejszych klientow. zreszta, sam Adas w takim „I Brake 4 Monster Booty” chwyta za majka by zapodac pare wersow w zrytmizowany sposob… ale o ile rap w tym kawalku robi tylko za calkiem przyjemny dodatek, to co powiedziec o takim „Jungle Fiction”? czy to jeszcze jazz czy juz jungle/d’n’b? chyba jednak: tak. bo choc muzycy posluguja sie w graniu wszelkimi dostepnymi srodkami, to jednak struktura kompozycje, pomysl na muzyke pozostaje jazzowy. to wciaz jest granie, w ktorym rownie wazna co popisowki instrumentalne poszczegolnych muzykow jest laczaca ich chemia wytwarzana sie w miedzyczasie. jam, tak zwany. a ze efekt moze nawet nie tylko poszerza ramy jazz-gatunku, co stoi ponad nim, stad uber.

by podsumowac jakos ta laurke, wspomne po raz kolejny o zasadach przyznawania ocen na tym blogu. widzicie, ja zdaje sobie sprawe, ze ocenianie np takiego „Grace Under Passion” na 7 a „Significant Other” na Limp Bizkit na 7,5 moze jawic sie jako recenzencki strzal w kolano, stope, moze nawet w glowe. tyle ze przypominam – te oceny sluza glownie hierarchizacji dokonan poszczegolnych muzykow, a nie Muzyki *w ogole*. taki Limp Bizkit czy Silverchair nigdy nie nagraja nic powyzej 7,5. a ze nie sa to tak – wg mnie rzecz jasna – dramatycznie zle zespoly jak sie powszechnie sadzi, to nagradzam ich wyjatkowo udane plyty wlasnie w taki sposob. natomiast od muzykow z wyzszej polki, jak Scofield, mozna wymagac plyt zajebistych. takich wlasnie jak „Uberjam”.

 

najlepszy moment: JUNGLE FICTION

ocena: 8,5/10

Leave a Reply