rageman.pl
Muzyka

The Jesus And Mary Chain – Psychocandy

rok wydania: 1985 (reedycja: 1986)

wydawca: Blanco Y Negro

 

no dobra, czas znow na jakas Klasyke.

gosh, ile ta Wielka Brytania naprodukowala w tamtym wieku genialnej Muzyki, no ja cie nie moge. wprawdzie przoduje w tej produkcji przede wszystkim Anglia, ale i na pozostalych terytoriach zle sie nie dzialo. Irlandia oczywiscie ma swoje U2, a Szkocja? tu juz sprawa tak oczywista nie jest, conajmniej pare typow wchodzi w rachube, ale ja wybralem – Jesus And Mary Chain.

a skoro JAMC, to debiut z ’85, co do tego malo kto powinien miec watpliwosci. plyta, ktora przywraca wiare w moc gitary, choc korzysta z niej w sposob rzadko spotykany na plytach rockowych. choc szufladkowanie JAMC jako kapele rockowe jest tak samo watpliwe moralnie co wrzucanie do tej szuflady The Velvet Underground czy The Beatles. nie aby rock byl epitetem pejoratywnie nacechowanym (choc mnostwo dzisiejszych kapel stara sie, by tak sie wlasnie stalo), ale w tym przypadku po prostu nie wyczerpuje tematu. zreszta te nazwy pojawiaja sie tu jeszcze z innego powodu. pomysl na „Psychocandy”, przy calej swej genialnosci i „inspiracjogennosci”, nie jest czyms zanadto odkrywczym – zrodel tego brzmienia nalezy szukac wlasnie na pierwszych plytach kolektywu Reeda i Cale’a. to, czym wygrywaja Szkoci na „Psychocandy” jest wlasnie ten pierwiastek candy – czyli dryg do slicznych Melodii, godnych wlasnie Fab Four (choc bardziej stosowne byloby porownanie do Beach Boys) – choc jesli komus przyjdzie na mysl „Sunday Morning” to tez bardzo spoko – to wlasnie ten typ chwytliwosci wprowadzajacej w rozleniwiajacy blogostan.

a skoro powolalismy sie na perelke otwierajacy album nagrany z Nico – „Psychocandy” tez zaczyna sie w najlepszy z mozliwy sposobow. „Just Like Honey” to wlasciwie wykladnia stylu obranego na tej plycie. beat perkusyjny (za ktory odpowiedzialny jest Bobby Gillespie – ten sam, ktory juz niedlugo mial zyskac fejm jako pan i wladca statku o nazwie Primal Scream) zywcem wziety z „Be My Baby” The Ronettes (nazwisko Phila Spectora tez musialo pasc w opisie tej plyty), sliczna partia „gitary” i plywajace w przestworzach wokale Jim’a Reid’a (tez archetypiczne niemalze dla indie gatunku), wspomagane przez zenskie glosy. noise pop? jak w morde strzelil, trudno o lepszy opis. piosenka z tych, kotre wywoluja najrozmaitsze wizualizacje w glowie, od czasu „Miedzy Slowami” jest to jednak juz tylko jeden obrazek. pamietacie?

zreszta poczatek plyty zalicza klasycznego hattricka. „The Living End” to juz bardziej rockowa energia, ktora dala zycie Black Rebel Motorcycle Club. „Taste The Floor” moglby za to chetnie byc zakoptowany do repertuaru Sonic Youth. choc kto wie, czy inspiracja w tym ostatnim przypadku nie poszla w odwrotna strone – wszak to szkoci supportowali w tamtych latach nowojorczkow.

a dalej… dalej mamy wlasciwie prawie caly czas to samo. i bynajmniej nie jest to wrzuta – raczej slowa uznania dla brzmieniowego monolitu, choc zlozony z malutkich, zaledwie dwuipolminutowych kawalkow (calosc pomimo 15 trackow zamyka sie w 3 kwadransach). monolit, bez ktorego nie byloby shoegaze’u, a i pewnie wiekszosci wielbicielom alt grania czegos byloby w zyciu brak (ciekawe jak Psychocukier by sie nazywal?). mimo wszystko trudno mi sie pozbyc wrazenia, ze pod wzgledem stricte kompozycyjnym nie jest to juz az tak rowny poziom. dlatego tez mam problem z koncowa ocena tego albumu. 8,5/10 to skandalicznie niska ocena jak na plyte o takim znaczeniu historycznym, natomiast no zwyczajnie nie potrafie wystawic takiej samej oceny co „Illmaticowi”. to moze dajmy wyjatkowo cos pomiedzy?

 

najlepszy moment: JUST LIKE HONEY

ocena: 8,8/10

Leave a Reply