The-Dream – 1977
wydawca: DIY
czas dla odmiany na jakiegos mikstejpa.
rzygam dzisiejszym mainstreamem. powaznie. czuje, ze ogladanie nagrod typu MTV Awards moglo by sie skonczyc tragedia dla mego organizmu i kazdego jego organu, od oczu konczac na zoladku. ale bylbym ignorantem nie dostrzegajac w calym tym bagienku przejawow prawdziwej kreatywnosci, osobowosci. Artystow.
tylko czy mozna by wtedy mowic jeszcze o mainstreamie? z jednej strony The-Dream jest wspolodpowiedzialny za najwieksze hity ostatnich lat, jak chociazby „Umbrella” Rihanny, trzepiac na nich niebotyczny hajs. z drugiej strony – nie lansi sie tak jak Timbaland czy Pharrell, dlatego jego ksywa wciaz predzej znana jest muzycznym nerdom niz zjadaczom mtv i eski. i takie tez nerdy beda bardziej zainteresowane jego solowa tworczoscia.
bo to jest cos wiecej niz rnb, wiecej niz pop. kolezka posluguje sie wszystkimi tymi wspolczesnymi srodkami, ktore odrzucam niemal z zalozenia, z fajansiarskim wokalem przepuszczonym przez autotune na czele. a jednak nawet jesli zalapuje sie to na playliste w tv czy radiu, to nawet srednio wyrobione ucho wylapie, ze za tymi dzwiekami musi stac ktos ponad statut hitowego wyrobnika.
nie inaczej jest na tym mikstejpie. a nawet bardziej – tu wlasciwie zaden kawalek nie nadaje sie na hit. za duzo tych synthow, od ktorych az gesto, zbyt wolno to plynace (cholera, czy tylko ja tu czasem slysze niemal dubstepowa dynamike?), zbyt malo momentalnie chwytajacych hookow, choc de facto jest tu ich od groma – tyle ze bardziej w wokalach. tak, ten mikstejp jest rozspiewany jak cholera, co paradoksalnie tez moze byc trudnoscia w przyswojeniu materialu.
i choc ja sie jaram niektorymi momentami tego wydawnictwa niemozebnie (w szczegolnosci trackiem tytulowym – cholera, nie sadzilem ze jakikolwiek numer z arenbi kregow tak mnie poruszy), to w sumie jeszcze fajniej byloby, gdyby jednak wiecej bylo chwil wytchnienia jak w „Silly” – z minimalna aranzacja, blizsza temu co znamy z list przebojow, a jednak naprawde kozacka. choc wlasciwie mozna ten numer traktowac jako solowy numer kolezanki o pseudonimie Casha. a skoro mowa o gosciach – Big Sean wlasciwie przemyka jakos niezauwazenie w „Ghetto”, ale juz Pharrell w „This Shit Real Nigga” zaskakuje nietypowa jak na niego rap-nawijka. a, rockowa gitarka pod koniec tego utworu – cud miod orzeszki.
jak to sie mowi – naprawde nie mialbym nic przeciwko, gdyby takie rzeczy lecialy w radiu. tym bardziej, iz The Dream sprawia wrazenie bardziej spoko kolezki od Timbalanda, ktory w pewnym momencie odjebalo i przelozyl ilosc nad jakosc.
najlepszy moment: 1977 (MISS YOU STILL)
ocena: 7,5/10
