rageman.pl
Muzyka

The Crow

rok wydania: 1994

wydawca: Atlantic

 

1994 to był jednak zajebisty rok dla muzyki alternatywnej. Właściwie wtedy de facto alternatywa stała się mainstreamem. Jeśli taka płyta jak „Far Beyond Driven” Pantery debiutuje na pierwszym miejscu listy Billboardu, to wiedz, że coś się działo. Ale warto też pamiętać o innej płycie, której udało się dokonać tego samego.

Soundtrack do „Kruka” to ewenement, dziś praktycznie nie do powtórzenia. Podobnie zresztą jak film mu towarzyszący. Nie abym był jego wielkim fanem, ale trudno nie być pod wrażeniem stylowości tego dzieła. Tym bardziej wartego docenienia z dzisiejszej perspektywy, kiedy Hollywood raz po raz gwałci i sponiewiera kolejnych komiksowych bohaterów. Jeden „Batman” sprawy nie ratuje, zresztą gdzie mu tam do interpretacji Tima Burtona… O, właśnie. Dobrze, że pada to nazwisko, bo rzeczywiście oba dzieła mają jeden wspólny mianownik. Na imię mu Gotyk. Choć estetyczne pokrewieństwo obecne jest jedynie w warstwie wizualnej obu dzieł. W sferze muzycznej Burton się wyłamał i postawił na mało mrocznego Prince’a. Twórcy „Kruka” postanowili stworzyć dzieło spójne pod każdym względem.

Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć takie ścieżki dźwiękowe jak ta do „Kruka”. Nie tylko układające się w logiczną całość, co mające własny, unikalny klimat godny „normalnych albumów” podpisywanych jednym nazwiskiem. Niesamowity jest również sposób, w jaki to osiągnięto. Wystarczyło przecież skompletować wykonawców najczęściej przewijających się w playlistach na gotyckich potańcówkach. Tymczasem mamy tu takich wykonawców jak Stone Temple Pilots, Pantera czy The Jesus And Mary Chain – wykonawców, których ciężko wyobrazić sobie w line-upie jednego festiwalu, a co dopiero sąsiadujących z sobą na jednej płycie. Właściwie każdy się postarał podstosować pod mroczny klimat dzieła – nawet Rage Against The Machine z trackiem, nomen omen, „Darkness”.

To, że słowo podstosować nie jest otoczone cudzysłowiem nie jest przypadkiem. Ocena wartości dzieł rozmaitych dziedzin sztuki to kwestia mocno subiektywna. Jednak w przypadku soundtracków jest pewne obiektywne kryterium, które jest w stanie wpłynąć na tą wartość. Mowa mianowicie o „premierowatości” poszczególnych piosenek. Pod tym względem „The Crow” to także mistrzowska sprawa – niemal każdy utwór to świeżynka. Niektórzy, jak Nine Inch Nails, Rollins Band czy Pantera, poszli o krok dalej, specjalnie na potrzeby albumu rejestrując covery (NIN sięgnęło po ojców chrzestnych uprawianej przezeń stylistyki, czyli Joy Division, Heniek Rollins przypomniał światu o Suicide, zaś Pantera sięgając po klasyk Poison Idea uświadomiło, że dla narodzin ich stylu równie ważny co metal był hardcore punk). Niech nie zmylą Was znajome nazwy tracków Stone Temple Pilots i Helmet – „Big Empty” i „Milktoast” dopiero miały trafić na nadchodzące albumu tych zespołów (kolejno „Purple” i „Betty”).

Highlighty? Zdecydowanie The Cure. Słychać, że nawet jeśli „Burn” nie był pisany pod „Kruka”, to na pewno był pod niego produkowany. Ta sekcja rytmiczna brzmi PRZEPOTĘŻNIE. Sama jednak piosenka to typowy The Cure, po linii „Lovesong”. Czyli nie idzie się nie zakochać. Stone Temple Pilots zaskakuje bluesującymi zwrotkami, choć w refrenie wracają do znajomych, plushowych klimatów. RATM typowe bombtrackowanie przeplata… jazzowaniem. Pantera nie bierze jeńców swoim coverem. Nieźle wypadają też mniej popularni koledzy, szczególnie For Love Not Lise – taki typowy grunge/altrock lat 90tych, ale całkiem ujmujący, zwłaszcza w spokojniejszej, drugiej części piosenki.

Nie trzeba być gotem, by uznać ten album za kapitalną rzecz. Znów przypomniałem sobie, jak świetną dekadą były lata 90te.

 

najlepszy moment: THE CURE – BURN

ocena: 8,5/10

Leave a Reply