Alice In Chains – Jar Of Flies
rok wydania: 1994
wydawca: Columbia
No i kończymy naszą opowiastkę o Alice In Chains. W wielkim stylu.
Już w momencie wydania „Jar Of Flies” zapisało się w historii muzyki. Było to pierwsze wydawnictwo typu Extended Play (czyli EP), które trafiło na pierwsze miejsce amerykańskiej listy sprzedaży (i pozostawało jedynym takim do czasu wydania „Collision Course” Linkin Park/Jay-Z 10 lat później). Ale ta płytka to coś o wiele więcej niż pierwsze miejsce listy Billboardu, fakt który obchodzi głównie marketingowców wytwórni fonograficznych. Ta niepozorna kolekcja siedmiu utworów nadała szlachectwo nurtowi grunge.
Brzmi poważnie. No ale popatrzmy na poczynania głównych graczy nurtu w tym czasie. Nirvana, mając za przewodnika Steve Albiniego, na „In Utero” postanowiła zwiedzić przestworza sonicznego brudu. Oczywiście miało to wciąż ultra melodyjny potencjał, dlatego w kontekście tego zespołu używamy słów „wybitny” i „ponadczasowy”, nie zmienia to jednak faktu, że anarchistom, nawet w świecie muzyki, nie przystoją tytuły szlacheckie. Pearl Jam zmierzało w podobnym kierunku, choć może nie tak żwawym krokiem. Soungarden dopiero co miał wydać „Superunknown”, więc wciąż bardziej kojarzył się z podkręcaniem wzmacniaczy na full aniżeli ich ściszaniem. Mało kto przypuszczał że to właśnie AIC, którzy w największym stopniu utrwalili wizerunek grunge jako zwykłego hardrocka, tyle że lepiej ubranego, nagra taki album jak „JOF”. Album będący dla gatunku tym, czym dla hardrocka lat 70tych była Led Zepowa „Trójka”.
Wiadomo, skąd to porównanie. To, że grunge (cokolwiek ten termin oznacza) rozebrany do samych gitar akustycznych kompozycyjnie się broni, wiadomo było już przed wydaniem „JOF”. Wszak już do tego czasu swoje „MTV Unplugged” zdążyli zarejestrować PJ i Nirvana, a także Stone Temple Pilots, też do nurtu zaliczani. Co innego jednak odłączyć już istniejącym piosenkom prąd, a co innego bez tego prądu je stworzyć od podstaw. AIC pokazali tutaj, że nie tylko potrafią na tych akustycznych komponować, ale i mogą robić to na wszelkie możliwe sposoby. Otwierający całość „Rotten Apple” jest absolutnie przegenialnym utworem (to „hej na na na” już po pierwszym odsłuchu zostaje w głowie NA ZAWSZE), ale umówmy się – stylistycznie nie stanowi on jednak takiego szoku dla kogoś, kto słyszał „Down In A Hole”.
Co innego „No Excuses” – nie wiem jak fani AIC zapatrują się na opcję „sprzedania się”, jednak jeśli już takie oskarżenia padały w kierunku zespołu, to obstawiam że w ramach tego właśnie tracka. Szanty, normalnie, ogniskowe granie. Ale to wciąż cud-malina rzecz. A to jeszcze nie koniec – taki „Don’t Follow”, ze śpiewem Cantrella (piosenka całkowicie jego autorstwa; tak na marginesie to spory udział miał przy pisaniu materiału nowy basista, Mike Inez, ale chyba jednak przesadą byłoby jemu przypisywać nadanie płycie takiego a nie innego charakteru) i gitarą akustyczną jako jedynym akompaniamentem w pierwszej części kawałka i dominujacym dźwiękiem… harmonijki ustnej w drugiej, to rzecz której równie blisko do R.E.M. co zwyczajnego country. Tu też słyszymy instrumenty smyczkowe, które jednak swoje pięc minut mają przede wszystkim w „I Stay Away” (co ciekawe, w tym numerze, w prechorusie mamy jedyny moment, gdzie słychać stare, zeschizowane AIC z okresu „Dirt”). Mało? To co powiecie na najprawdziwszy swing w… „Swing On This”?
Osobny akapit należy się „Nutshell”. Polecę straszną prywatą, ale muszę, bo jestem to winien temu kawałkowi. Wierzycie w moc sprawczą Muzyki? Że może wpłynąć na Twoje życie tak, że w bezpośredni sposób wpłynie na jego przebieg? Więcej – że może nawet w pewien sposób to życie komuś uratować? Ja wierzę, bo tak właśnie miałem lata temu z „Nutshell”. Dziś staram się sam przed sobą udawać, że tyle już mnie z tym trackiem nie łączy i nawet się to udaje. Ale byłbym skończonym skurczybykiem, gdybym kiedykolwiek coś złego na ten numer powiedział. Choć jednak wersja unplugged jest MINIMALNIE lepsza, dlatego ten numer wyróżnimy przy dogodnej okazji.
Piękna płyta. A dzięki EPkowemu formatowi również w dzisiejszych, niesprzyjających pełnowymiarowym albumom czasach, broni się bez zarzutu.
najlepszy moment: ROTTEN APPLE
ocena: 9/10