rageman.pl
Muzyka

The Clash – From Here to Eternity: Live

rok wydania: 1999

wydawca: Columbia

 

W momencie wydania to było wydarzenie. Pierwsze oficjalnie wydane koncertowe nagrania zespołu, który zdaniem wielu w scenicznych warunkach był bezkonkurencyjny (polecam kapitalne wspominki fanów w książeczce, zwłaszcza mój ulubiony komentarz niejakiego Daniela: „I am only 18. I have never seen The Clash but I would sell my grandmother to have seen them”). Ocena wartości tego wydawnictwa została zagrożona wraz z pojawieniem się na rynku „Live At Shea Stadium”, dla wielu o tyle cenniejszy, bo stanowiący pełną dokumentację jednego z koncertów grupy – z uchwyconą atmosferą koncertu, wraz z gadkami między numerami itp. Osobiście jeśli jednak miałbym zdecydować się na jeden z tych albumów, wybrałbym chyba jednak „From Here To Eternity: Live”. Bo to po prostu koncertowy Best Of.

Pierwsze co rzuca się w uszy to niesamowita wręcz spójność całego materiału – zarówno pod względem brzmieniowym (bez zarzutu), jak i wykonawczym (tym bardziej). Czteroletnia rozpiętość to niby mało, ale warto przypomnieć sobie, w jakim miejscu byli jako zespół w ’78 roku, a w jakim w ’82. I choć nie są te piosenki ułożone chronologicznie, to flow tego albumu jest aż nadto wyraźne. Zaczynamy od punkowym czadów, dwuminutowych wygrzewów pokroju „London’s Burning” czy „Complete Control”, dochodząc do punktu przełomowego w postaci „London Calling”, od którego zaczyna się bardziej wyrafinowane podejście do generowania dźwięków. I mam tu na myśli nie tylko skrajne przypadki jak regałowy „Armagideon Time” (nagrany z gościnnym wokalnym udziałem znanego z udziału w „Sandiniście!” Mikey Dreada i Micky Gallaghera) czy klimatyczny, przecudny „Straight To Hell” („Sing in tune, bastards!” – Strummer mistrz!), ale i przyspieszony „Guns Of Brixton” (na wokalu oczywiście Simonon) czy bardziej perkusyjny „Should I Stay Or Should I Go”, który w tym wydaniu jawi mi się jako wersja definitywna. I choć, jak deklarowałem nieraz, wolę ten późniejszy etap kariery, to jednak w tym wypadku to te prostsze numery powalają większą siłą. I też w pełnej okazałości obrazują możliwości cichego bohatera tego wydawnictwa, Toppera Headona. Z całym szacunkiem do Terry Chimesa, którego także w niektórych z tych nagrań słychać, ale posłuchajcie choćby wstępu do „I Fought The Law” – urywa bębenki w uszach!

Jak wspomniałem, będąc zmuszonym do wyboru między „From Here…” i „Live at Shea Stadium” postawiłbym na ten pierwszy. Ale najbardziej logiczną opcją jest posiadanie obu albumów.

 

najlepszy moment: STRAIGHT TO HELL

ocena: 8/10

Leave a Reply