rageman.pl
Muzyka

The Clash – Cut The Crap

rok wydania: 1985 (reedycja: 2000)

wydawca: Columbia

 

„Combat Rock” jako zwieńczenie kariery? W idealnym świecie tak właśnie wyglądałoby zamknięcie dyskografii jednego z najwybitniejszych zespołów XX wieku. Niestety życie to dziwka i postanowiła dopisać do tej historii jeszcze jeden rozdział, o którym nikt nie chce pamiętać, będąc jednym z bardziej kompromitujących wydawnictw w historii muzyki.

Mam tak, że w każdej płycie próbuje się doszukać jakichś pozytywów, biorąc pod uwagę okoliczności w momencie wydania itp itd. Ale tu naprawdę nie ma czego szukać. Zresztą po co, skoro najlepszą recenzję wystawili tej płycie sami członkowie The Clash, przez długi czas nie uwzględniając jej w jakichkolwiek dokumentach o zespole, best of’ach i innych okolicznościowych wydawnictwach (omawiana reedycja ukazała się jakiś czas po wznowieniach reszty dyskografii). Mówimy muzycy, choć na dobrą sprawę ze składu ostał się tylko Strummer i Simonon (który zagrał i tak tylko w kilku kawałkach, będąc zastąpionym przez muzyka sesyjnego, Normana Watt-Roy’a). Wielu osobom łatwiej jest pogodzić się z kształtem „Cut The Crap”, twierdząc że to i tak nie jest The Clash. Spójrzmy prawdzie w oczy – Mick Jones może był głównym autorem repertuaru Anglików, ale historia muzyki zna sporo przypadków, w których odejście kompozytora wcale nie doprowadziło do upadku zespołu, a wręcz przeciwnie. Kariera Depeche Mode tak naprawdę dopiero rozpoczęła się po odejściu Vince Clarke’a, a dla wielu Hey stał się godnym uwagi dopiero po wymianie Banacha na Krawczyka. Zatem to nie musiało tak wyglądać.

Być może, gdyby Strummer w pewnym momencie nie olał projektu, to coś by dało się uratować. Być może… Stało się jednak tak, że po stworzeniu zalążków utworów Strummer wyjechał na wakacje, oddając robocze wersje tracków w ręce menedżera, Bernie Rhodes’a – figurującego tu nie tylko jako producent (choć pod pseudonimem – w pewnym momencie zorientował się jakiego potwora stworzył), ale i jako kompozytor. A jeśli menedżer zabiera się za pisanie piosenek, to wiedz że coś się dzieje. Wyszedł dramat aranżacyjno-produkcyjny w trzynastu aktach. Ejtisowe brzmienie, automat perkusyjny, kurwiozalne dęciaki, stadionowe chórki doczepione na siłę do każdego refrenu. Gwałt na uszach. Nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się zalążek fajnej melodii („Dictator”), to jest on tak po kolana ubabrany w brzmieniowym szambie, że koniec końców i tak nie idzie tego słuchać. Wyjątek można upatrywać w singlowym „This Is England”, ale tylko jeśli przymkniemy oko na ponownie okropny sound i dawkę patosu.

Tu nie ma czego bronić, tu trzeba rzewnie zapłakać. Choć mnie ten album przede wszystkim wkurwia – bo daje argument tym twierdzącym, że wybitne zespoły poniżej pewnego poziomu nie schodzą, a co w związku z tym – The Clash genialnym zespołem nie jest. Niedoczekanie ich!

 

najlepszy moment: THIS IS ENGLAND

ocena: 5/10

Leave a Reply