rageman.pl
Muzyka

The Car Is On Fire – Lake & Flames

Lake-and-Flames_The-Car-Is-On-Fire,images_big,5,3796652rok wydania: 2006

wydawca: Pomaton EMI

 

okej, czas napisac wreszcie o czyms co zostalo wydane nie wiecej niz 5 lat temu.

ulubiony polski zespol plemienia dziennikarskiego i muzycznych geekow w tym kraju. podpisanie z nimi papierow przez pomaton uznawane jest ponoc przez branze za najlepsza decyzje polskiego oddzialu majorsa (jakiegokolwiek) od wielu lat. ploty chodza takze takie, ze druga plyta TCIOF jest jednym z najlepszych wydawnictw jakie wydalo rock/alternatywna polska mlodziez w tej dekadzie. i sporo w tej plotce prawdy. choc nie stanowi stu procent jej zawartosci.

ale generalnie bedzie jednak pozytywnie. choc kusi oczywiscie by zdissowac hehe. bo rzecz w tym, ze przecietnemu zjadaczowi chleba nazwa The Car Is On Fire nic nie mowi, ale w „branzce” (rozszerzmy to pojecie takze o sluchaczy udzielajacych sie aktywnie na forach internetowych itp) to juz zespol niemal kultowy, legendarny, no a na pewno podwyzszajacy znacznie cisnienie. i, niestety, nie tyle za sprawa muzyki, co jej bylego juz lidera, borysa dejnarowicza. coz, czy nam sie to podobabadz nie, jest to jakas postac w tym malusienkim kregu zwanym „polska alternatywa”. i tez – czy tego chcemy czy nie – Porcys, ktorego byl wspolzalozycielem i za sprawa ktorego zyskal sobie opinie jednego z najbardziej kontrowersyjnych, ale tez jednoczesnie najlepszych dziennikarzy w tym kraju (choc juz w „Teraz Rocku” stawial odwazne tezy), stanowi obecnie obok Trojki i Open’era najsilniejsza instytucje i podstawowe centrum dyskusji w tejze polskiej alternatywce. i wioska byloby robic z kolejnej recenzji dokonan muzycznych Borysa D analize jego jestestwa medialnego (tym bardziej, ze TCIOF to nie tylk on), ale jednak nie da sie od tego uciec. tym bardziej, ze odwolanie to nie jest zupelnie od czapy, zwlaszcza w kontekscie „L&F”. bo ta plyta kazdym dzwiekiem potwierdza, ze stworzona zostala ona przez muzycznych erudytow, ktorzy conajmniej polowe zycia spedzili na sluchaniu muzyki. mozna czasem natrafic w wywiadach z muzykantami przeroznymi (szczegolnie tymi polskimi) ktorzy, niekiedy z duma, wyznaja ze nie sluchaja w ogole muzyki. no chyba ze swojej. uznaja to niektorzy za zalete, bo przynajmniej nie ma ryzyka ze takowy wykonawca bedzie kogos zrzynal. najczesciej jednak po zapoznaniu sie z artystycznymi plodami takiego osobnika kaze skontestowac, ze obcujemy ze zwyczajna ignorancja i dokladaniem cegielki do polskiego skansenu muzycznego.

i dlatego zupelnie mi nie przeszkadza, ze moznaby w przypadku tej plyty zarzucic pierdyliardem nazw, ktorymi bez watpienia ta czworka muzykow sie inspirowala. bo po pierwsze – beda to w 90 procentach dobre marki, niezaleznie czy chodzi o prince’a, radiohead, the beatles czy the rapture. zreszta, pewnie pare nazw by ich zaskoczylo  – taki „Nexteam” wciaz usilnie slysze „Just A Man” Faith No More, choc wiem ze to tylko me zboczenie na punkcie tego zespolu. po drugie – kto bedzie uruchamial mozg by przypomniec sobie skad on zna te dzwieki, kiedy ucho i serducho sie raduja. pomyslami ci kolesie mogliby obdzielic polowe sceny muzycznej w tym kraju. w tym kontekscie na pewno slychac progres od czasu niezlego, choc ciut jednowymiarowego debiutu. juz tam bylo slychac, ze odrobili lekcje ze znajomosci The Beatles i innych fundamentalnych nazw z historii Muzyki. i nie dotyczy to tylko wiedzy na temat muzykantow poslugujacych sie gitarami. ale to „L&F” pokazuje w pelni, ze w ich mniemaniu alternatywa i „kumatosc muzyczna” to znacznie wiecej niz garaz i przester. a prosciej rzecz ujmujac – rozeznanie muzyczne tych chlopakow pozwala im na stworzenie piosenki, gdzie sllychac jednoczesnie modest mouse i kylie minogue, z polaczenia ktorych wychodzi zamiast potworka kolejny cudny dzwiekowy kolaz. przypuszczam ze gdyby chcieli, to bezproblemowo mogliby dorzucic de la soul i mastodona. a tak swoja droga – w moim mniemaniu na „L&F” najlepiej wypadaja wlasnie te fragmenty, w ktorym najmniej gitar (sztandarowy przyklad – bewstydnie popowy singiel „can’t cook (who cares?)”. kiedy juz wlaczaja przester, to wychodzi roznie – conajwyzej przyjemnie („ex sex is (not) the best (title)”), ale czesciej nijako („kiss kiss”, „red rocker”). produkcja Leszka Biolika to wlasciwie wisienka na torcie, choc na pewno znaczaco wplywajaca na smak calosci. bardziej ten jego udzial odbieram symbolicznie – trudno uznac tciof za nastepcow Republiki, bo to jednak inne klimaty zupelnie, ale jesli chodzi o swiatowosc w mysleniu o muzyce – poziom zblizony.

no dobra, a teraz spora lyzka dziegcu. tak jak czworke tych muzykow mozna uznac za wybitnych aranzerow (no, by sie nie zblaznic w tych zachwytach – ograniczmy sie do polskiego podworka), tak wybitnymi kompozytorami tylko bywaja niestety. i to mnie najbardziej boli w tej plycie, ze mam wrazenie, ze zabraklo pokory tak w tworzeniu utworow (no bo wlasnie – czasem trudno nie odniesc wrazenia, ze nie zawsze o stworzenie piosenki chodzi, co przy silnie slyszalnej inspiracji fab four wywoluje mocna konsternacje), jak i w tworzeniu ostatecznej tracklisty. godzina muzyki to nie jest duzo, ale objetosc plyty licze raczej w ilosci numerow, a 23 to dosyc duzo (i niewazne, ze zebralo sie tez pare skitow/miniaturek). ale skupmy sie na hajlajtach – „the car is on fire early morning internazionale”, czyli tciof a dancepunk. „it’s finally over” – mam wrazenie ze totalnie niedoceniona piosenka, a przeciez ten beatlesowski dwuglos w refrenie i solowka na akustyku to 10.0. podjarki „Oh, joe” za to nie do konca rozumiem – okej, kapitalny jest ten final niby prince’owy, ale jednak bardziej kylie minogue’owy (mehehe). z drugiej strony – ow druga czesc pasuje imho do pierwszej jak piesc do nosa, wiec jakosc calosc rzecz nie jest AZ TAK zajebista. „neyorkewr” – piekny refren, a juz skrzypeczkowy final to bezdyskusyjne zwyciestwo w obdzieraniu pojecia patos z pejoratywnego wydzwieku. „what life’s all about” i „Love” czyli piosenki typu „az chce sie zyc”.  „take me there” – zaczyna sie skitowo, by przejsc w postrockowe plumkanie gitary na ciekawie polamanym bicie, w koncowce mamy jazgotliwo-kozacka solowke gitary, a ja znow sobie uswiadamiam, ze jestem mistrzem w zdaniach wielokrotnie zlozonych. no, dolozmy jeszcze „parker posey”, „north by northwest” i powiedzmy ze wyczerpalismy temat.

druga lyzka dziegcu – strona wokalna. nie oszukujmy sie – chlopaki NIE UMIĄ spiewac i basta. choc ta uwaga nie dotyczy do konca plyty. bo jakos w polaczeniu z muzyka ten wokal dejnarowicza ma swoj urok. ale kiedy przypominam sobie wystep na open’erze, to az mi zeby zgrzytaja. ponoc po odejsciu borysa jest pod tym wzgledem jeszcze gorzej… aha, i niestety – po raz kolejny okazuje sie, ze moze milosc dodaje skrzydel, ale uodparnia jesli chodzi o wyczucie banalu. ale nigdy specjalnie na teksty uwagi nie zwracalem, wiec i tutaj afery nie bede robil.

troszke ocena na wyrost, bo wspomniane wady naprawde kluja w ucho i serduszko i nie pozwala w pelni im sie radowac. ale plusow tego albumu jest tyle, ze dawac ocene mniejsza byloby lans-przekora i pustym hejterstwem, na dodatek nie wywolany sama muzyka, co otoczka w wielu elementach nie majaca z muzyka nic wspolnego. no i trzeba pamietac o kontekscie. bo fakt jest taki, ze w tym kraju naprawde tak nie gra nikt.

 

najlepszy moment: IT’S FINALLY OVER

ocena: 8,5/10

Leave a Reply