Leonard Cohen – Greatest Hits
rok wydania: 1975
wydawca: Columbia
oh, jak dobrze wrocic do Konkretnej Muzyki.
coz, znow omawiamy best of’a wiec prowokuje to do refleksji ogolnych na temat danego wykonawcy. ale pisalismy juz o Cohenie nieraz, co mozna nowego dodac? dla mnie to jeden z Najwazniejszych Wykonawcow Ever. nie, ze ulubiony. nie, ze slucham go na okraglo. ale gdy slucham tych piosenek to mam wrazenie, ze bez tego faceta nie byloby takiej Muzyki Rozrywkowej, takiej muzyki XX wieku, jaka dzis znamy. po prostu Esencja. jesli chodzi o songwriterow (dzialajacych solo), to dla mnie jest dwoch – Dylan i Cohen wlasnie. zreszta, obu panow laczy takze to, ze poza historia muzyki zmienili takze historie teksciarstwa w tejze muzyce. zreszta, jak kazdy zapewne wie, kiedy Cohen zaczynal kariere muzyczna w latach 60’tych, byl juz uznanym poeta. a poza tym, byc moze najwazniejsze – Leo jest Bossem. jest Kozakiem, jest Cool. jesli bycie cool utozsamiamy z rockandrollem, to Cohen jest rokendrolowcem na rowni z Hendrixem, Morrisonem i calym skladem Led Zep. choc na takiego nie wyglada, a w jego cv zapewne malo jest incydentow typu demolka w hotelu. ale jest cos, co laczy Cohena z wczesniej wymienionymi muzykami. zgadnijcie co.
omawiany dzis Greatest Hits trudno uznac za przekrojowy. wydany w ’75 roku, wiec „pomija” kolejne trzy dekady dokonan artystycznych Leo. w ktorych sporo bylo udanej muzyki (by podac najoczywistszy przyklad – „Hallelujah”) i nowych pomyslow na granie, ktore znaczaco wplynely na artystyczne jestestwo tego pana. ale nie ma co ukrywac – to pierwsze cztery plyty, z ktorych wyciagnieto numery na ta kolekcje, to Absolutny Mus jesli chodzi o Cohena. i raczej nikt nie bedzie polemizowal, czy dobor utworow jest sluszny.
okej, jest to strasznie parszywe produkcyjnie. okej, nie jest tak, ze KAZDY utwor mnie z tej kolekcji rusza („Last Year’s Man” czy „Take This Longing” bez zalu bym stad wyrzucil). ale kurcze, juz takie utwory jak „So Long, Marianne”, „Bird On The Wire”, „Suzanne”, „Who By Fire” czy przede wszystkim „Famous Blue Raincoat” to Archetypy. moze nie takie jak piosenki The Beatles, ale jednak wciaz trzeba te tracki znac i tyle. ze wzgledu na ascetyzm muzyczny (aranzacje to wlasciwie tylko wokal + gitara akustyczna + skrzypeczki czasem) i wcale nie tak latwo wkrecajace sie w glowe melodie mozna miec z tymi piosenkami problem. sa zreszta tacy, dla ktorych Cohen jest absolutnie niestrawialny. coz, przyznam szczerze, ze sam mam tak, ze najbardziej podobaja mi sie te piosenki, w ktorych wokal Cohena (niesamowite swoja droga, jak mu ten glos sie zmienil przez te wszystkie dekady) jest wspomagany chorkami zenskimi. nie zgadzam sie zupelnie z przeczytana gdzies opinia, ze Cohen to swietne melodie, genialne teksty i slaba interpretacja wokalna (na co dowodem mialyby byc sukcesy przerobek jego piosenek), ale rzeczywiscie – milej mi sie slucha glosu Cohena w duecie z zenskimi, anielskimi niemal wokalami.
to skladanka, poza tym pomijajaca jednak swietne numery z lat pozniejszych. ale jednak dziewiatka przynajmniej musi byc. to historia w koncu. aha, okladka tez bossowska.
najlepszy moment: FAMOUS BLUE RAINCOAT
ocena: 9/10