rageman.pl
Muzyka

The Bravery – The Sun And The Moon

rok wydania: 2007

wydawca: Island

 

jak kazda moda muzyczna, tak i nowa rockowa rewolucja musiala przeminac, pozerajac swe wlasne dzieci, co wiecej, poprzez specyficzna otoczke wizualna stajac sie, podobnie jak numetal, synonimem obciachu. prekursorzy przetrwali, a gwiazdki ktore wyplynely na fali zgasly rownie szybko co zaczely swiecic. warto jednak odnotowac przypadki, kiedy koniec trendu moze stanowic dla zespolu nowe narodziny, nieobciazone oczekiwaniami opiekunczych ojcow z wytworni. decyduje sie zaliczyc The Bravery do tej grupy.

bo kiedy zadebiutowali w 2005 roku swym silnie taneczno-syntezatorowym self titled, zostali z marszu okresleni (skadinad slusznie) bezczelna zrzyna z The Killers, sztandarowym dowodem na totalne rozminiecie sie z rzeczywistoscia periodykow typu NME, lansujacych zespol jako kolejne objawienie. publika dala sie nabrac, windujac plyte na szczyty list przebojow (co ciekawe, zarowno w UK, jak i opornej nawet na dzieci wlasnej ziemi Ameryki Polnocnej), ale tylko na krotka mete. bo oto zaledwie dwa lata pozniej panowie wydaja plyte, ktora w Stanach poniosla klape, w Europie przeszla totalnie niezauwazona, a w Anglii nie zostala nawet wydana. jesli mozna mowic o komercyjnej klesce plyty, to chyba tu mamy encyklopedyczny przyklad. szkoda, bo paradoks polega na tym, ze „The Sun And The Moon” nie tylko nie jest porazka artystyczna, nie tylko jest lepszy od debiutu (co chyba wielkim osiagnieciem nie jest) – to zwyczajnie, sama w sobie, bardzo dobra plyta.

przede wszystkim – precz z elektronika. oczywiscie o rockowym miechu raczej mowy byc nie moze, ale po oslawionym Brendan O’Brienie mozna sie raczej spodziewac prawdziwie gitarowego soundu anizeli dyskoteki. co wiecej, dens wyparowal nie tylko z brzmienia, ale i z motoryki kawalkow. a jesli juz takowy sie pojawia, jak w fajowym „Every word is a knife in my ear”, to zdecydowanie blizej mu do The Rapture niz kogokolwiek innego (wiem, herezja, biore za nia odpowiedzialnosc).

ale to nie tego typu kawalki rozdaja tu karty. wyznacznikiem sa kawalki typu singlowy „Believe” czy kapitalny, zwiewny (to pogwizdywanie!!!!!) „Bad Sun”. zreszta wymienic moglbym wiecej, bo jest naprawde tym razem co wyrozniac. a najfajniejsze jest w tym wszystkim to, ze te kawalki, przy calej swej chwytliwosci, nie sa wykapanymi przebojami. z punktu widzenia decydentow radiowych to moze byc porazka, ale ja np uwielbiam takie leniwe, niewymuszone melodie.

oczywiscie nie aby bylo idealnie. tyle ze czepianie sie tutaj bedzie ewidentnie na sile. bo to, ze wokalista ma barwe jak Kapranos z Franz Ferdinanda to nie jego wina. a to, ze wciaz jest wyczuwalne momentami pewne fajansiarstwo (takie okreslenia musza sie nasuwac przy odsluchu trackow typu „Time Won’t Let Me Go”)… a czy to fajansiarstwo nie jest wpisane juz niejako w genotyp nu-rocka?

dalbym plycie solidne 7,5, ale musze podwyzszyc bo… „The Ocean”. byc moze najpiekniejszy sercolamacz, jaki dal nam nurt indie 2.0. w ogole wykorzystanie smykow na tej plycie – no nie spodziewalbym sie po zespole, ktory dwa lata wczesniej wygladal tak

szacun, powaznie. ale… ponoc panowie wydali dwuplytowa wersje tego albumu, gdzie bonusoy krazek zawiera ten sam material wyprodukowany przez nich samych. jesli brzmi on tak jak debiutanckie LP to cofam wszystkie komplementy.

 

najlepszy moment: THE OCEAN

ocena: 8/10

Leave a Reply