The Bill Frisell Band – Lookout For Hope
rok wydania: 1988
wydawca: ECM
kontynuujemy podroz po muzycznym wszechswiecie Billa Frisella.
bywa tak, ze roznym muzykom jazzowyw (vide Pat Metheny) nie wystarcza do szczecia gra na pierwszym planie w rozmaitych projektach. musza miec swoj bend. oczywiscie nie jest to kwestia wylacznie nabrzmialego ego – jesli takowy muzyk znajdzie muzykow w jego mniemaniu idealnych do wspolnego muzykowania, chce takowy sklad „ustanowic” i wyeksploatowac jego mozliwosci na przynajmniej paru plytach i parunastu koncertach.
i tak w drugiej polowie lat 80tych nasz glowny bohater skumal sie z takimi nazwiskami jak Hank Roberts, Kermit Driscoll i Joey Baron. teoretycznie dosc klasyczny, jazzowy team, gdyz dwa ostatnie nazwiska to stare, odpowiednio basowe i perkusyjne wygi, ktore mozna uslyszec na pierdyliardzie wydawnictw. teoretycznie, bo Roberts to z kolei wiolonczelista.
czyli jednak jest nietypowo. ale jeszcze bardziej, niz moznaby sie spodziewac wyobrazajac sobie polaczenie jazzu z dzwiekami wiolonczeli. owszem, momentami jest „ladnie”, panowie daja wybrzmiec najpiekniejszym dzwiekom na jakie stac Robertsa. ale jednak plyta jako calosc jest zwyciestwem mroczniejszej, bardziej sklonnej do awangardy czesci osobowosci Frisella. i o ile zdecydowanie przewaza temperamentne, improwizowane granie (najlepszy „Alien Prints”, przerobka „Hackensack” Monka), tak czesto bywa juz skrajnie eksperymentalnie („Hangdog”).
odwolujac sie do podsumowania wczorajszej notki – „Lookout” to jest z kolei plyta, ktorej zawartosci zdecydowanie lepiej by sie jednak sluchalo w warunkach koncertowych.
najlepszy moment: ALIEN PRINTS
ocena: 7/10