rageman.pl
Muzyka

Bill Frisell – The Intercontinentals

rok wydania: 2003

wydawca: Nonesuch

 

ajajaj! wspomnielismy wczoraj, ze na plycie Becka udzielil sie goscinnie sam Charlie Haden. ale przeciez wystapila na „Odelay” takze nie mniej wazna osobowosc jazzowa, jaka jest gitarzysta Greig Leisz. mamy wiec okazje, by znow w ramach blogowych podrozy wrocic do pieknego swiata jazzu.

Leisz, choc facet to cudnie utalentowany, raczej celuje w ficzuringi niz tworzenie i dowodzenie wlasnymi asamblami muzycznymi. i tak np pare sezonow spedzil w druzynie legendarnego Frisella, czego jednym z efektow jest dzis omawiana plyta.

Bill Frisell to dosc ciekawa persona. pomijajac wybitne zdolnosci instrumentalne, intryguje mnie jego, nazwijmy to, podejscie do swiata jazzu jako takiego. umowmy sie – kazdy kto gra z Johnem Zornem (zwlaszcza w takim projekcie jak Naked City) musi miec choc troche nierowno pod sufitem. a jednak stac tez Frisella na takie plyty jak „Intercontinentals”. plyty, ktorych zawartosc w pierwszej kolejnosci chce sie okreslic jako „ujmujace”. i to bez ironii.

jak sama nazwa wskazuje, mamy tu miedzynarodowe towarzystwo. bo poza Leiszem Frisell zaprosil do wspolnego grania legende brazylijskiej muzyki Viniciusa Cantuarie, greckiego reprezentanta Christosa Govetasa, pochodzacego z Mali Sidiki Camare oraz skrzypaczke Jenny Scheinman. kazdy z zaproszonych gosci wniosl do Muzyki fragment ducha swej ziemi ojczystej – troche Afryki, szczypta brazylijskiej dzungli, Europa tez sie przewija w nagraniach, no i Ameryka Polnocna, rzecz jasna (think „Beyond The Missouri Sky”). choc momentami – jak w „Yala” – skojarzenia biegna ku Bliskiemu Wschodowi. podrozujemy wiec przez caly swiat, a nie ziemie ktore znamy.

moznaby wiec pokusic sie przy okresleniu calosci terminem „world music”, nawet jesli kregoslup tej muzyki jest wybitnie jazzowy. choc i to drugie, przy probie scislejszego skatalogowania, moze sprawic problemy. teoretycznie krystalicznie czysta produkcja calosci oraz instrumentarium zblizaja „Intercontinentals” ku jasniejszej, przystepniejszej stronie jazzowej mocy (w koncu kogo nie sa w stanie poruszyc dzwieki skrzypiec czy pedal steel?). jednak zageszczenie dzwiekow oraz struktura kompozycji sprawia, ze smooth jazzowcy moga miec problem z przyswoijeniem plyty, nie mowiac juz o „niewtajemniczonych” wielbicielach Muzyki. i choc w dzisiejszych czasach stopniowe przyswajanie zawartosci albumow muzycznych jest juz praktycznie niespotykane, to z ta plyta inaczej sie nie da. by odkryc w pelni jej piekno, trzeba sie do niej przyzwyczaic, przemoc, oswajac sie z nia… takze zaufac.

zdecydowanie jedna z tych plyt, o ktorych mowi sie, ze przy poswieceniu im wiekszej ilosci czasu potrafia sie pieknie odwdzieczyc.

 

najlepszy moment: BABA DRAME

ocena: 7,5/10

Leave a Reply