rageman.pl
Muzyka

The Beatles – Revolver

rok wydania: 1966 (reedycja: 2009)

wydawca: Apple

 

ooooo, o tych panach to tez dosc dawno bylo.

a okazja jest niebywala. otoz pod choinka znalazlem nowa edycje „Revolvera”. jak wszyscy maniacy Fab Four wiedza, 9 wrzesnia tego roku na rynku ukazala sie ponownie niemal cala podstawowa dyskografia zespolu. zarowno w klasycznych, mono wersjach, jak i ,przede wszystkich, w wersjach stereo.

od razu rozstrzygnijmy kwestie tych wznowien. obcowanie z taka podrasowana wersja arcydziel The Beatles to na pewno fajne doswiadczenie. wezmy chocby omawiany dzis „Revolver”. kapitalie brzmi w takiej podrasowanej wersji przeladowany efektami „Yellow Submarine”. robi wrazenie „Tomorrow Never knows”, w wersji na rok 2009 jeszcze mocniej wprowadzajacy w stan psychodeliczny. nie mowiac juz o wiekszej selektywnoci, wycieciu szumow czy – z drugiej strony – jakby lekkie wysuniecie w mixie „studyjnych smaczkow” pokroju ziewania w „I’m onl sleeping” czy poczatkowego odliczania w „Taxmanie”.

jednak na pytanie „Czy te wznowienia sa czyms wiecej niz ciekawostka audiofilska?” trudno mi jednoznacznie twierdzaco odpowiedziec. ba, odwaze sie nawet stwierdzic, ze Historia Muzyki – czy w gole Kutury jako takiej – niewiele stracilaby, gdyby te wznowienia sie nie ukazaly. rzecz w tym, kto ma jakie priorytety w obcowaniu z muzyka. dla ceniacych sobie jakosc dzwieku i gardzacych demowkowym brzmieniem takie remastery to opcja wrecz zbawienna. nieskazeni zlym audiofilskim dotykiem moga spokojnie pozostac przy poprzednich plytowych edycjach. nie mowiac juz o blogoslawionych tych, ktorzy dysponuja gramofonem i winylach Fab Four… bo przeciez to parszywe mono i szumy/trzaski moze byc wartoscia sama w sobie, nieprawdaz?

moglyby te nowe edycje chociaz wygrywac przystepna cena. niestety, plyty Fab Four moga sie „szczycic” najwyzsza cena w historii fonografii. zwazywszy na to, ze mowimy o zespole, ktorego dyskografia stanowi niemal podstawowy elementarz w edukacji muzycznej, mozna mowic o historycznej niesprawiedliwosci jakiejs… zamykajac temat nowych remasterow – na pewno wygrywaja one z poprzednimi wznowieniami na cd „zyletowa” jakoscia reprodukcji okladek i oprawy graficznej w ogole. milym gestem jest dolaczenie do plyt krotkich quicktime’owych filmikow, choc to raczej materialy reklamowe niz dokumentalne, niespecjalnie dostarczajace nowej wiedzy o zespole.

tyle w kwestii formalnej. co zas mozna powiedziec o samej muzyce z „Revolvera”? no wlasnie – co ja, zwykly przecietny zjadacz muzyki – moge o niej powiedziec? toc to Klasyk Absolutny, jedna z najwazniejszych i najlepszych plyt w historii muzyki popularnej. podobnie zreszta jak „pare” innych plyt z katalogu Fab Four.

no ale fakt faktem ze to „Revolvera” wlasnie stawia sie najczesciej za „Sierzantem Pieprzem” w Beatlesowskiej hierarchii. o ile „Rubber Soul” mozna uznac za plyte przejsciowa, znajdujaca sie w polowie drogi miedzy ultraprzebojowoscia, grzywko-grzecznoscia a poszukiwaniami i zrywaniem z dotychczasowymi schematami, tak „Revolver” to juz nowy rozdzial pelna geba. psychodela, narkotyki, pelne wykorzystanie mozliwosci dawancyh przez studio nagraniowe, jeszcze wieksza pomyslowosc aranzacyjna. mozna powiedziec, ze na tej plycie zespol opowiedzial sie jednoznacznie za rockowa strona mocy (w kontekscie „Rubber Soul” mowi sie czesciej o folkrocku czy czyms takim).

ale abstrahujac od aranzacyjnej przezajebistosci i innowacyjnosci, przy ktorej przeciez nie kazdy musi doznawac, to ta plyta to przede wszystkim genialne piosenki. melodie, ktore potrafila pisac tylko ta czworka (okej, ta trojka – bo trza pominac jednak Starra, niemniej KONIECZNIE nalezy uwzglednic poza Johnem i Macca takze Harrisona). i to one w ostatecznym rozrachunku bronia sie najlepiej. aranzacyjne pomysly liverpooolskiej czworki byly przez kolejne 4 dekady przerabiane przez niemal cala muzyczna scene. nierzadko na lepsze sposoby. i dobrze – przeciez gdyby inaczej, gdyby na polu formalnym nie dalo sie juz nic lepszego od Bitli powiedziec, to by o Muzyce rozprawiali tylko historycy, a fanatycy dzwiekow tacy jak ja czy Ty strzeliliby sobie samoboja z nudow. ale Melodie, ktore ci panowie wymyslili i to, jak je wykonali – tego juz nie przebije nikt.

a natezenie takich piosenkowych arcydziel jest tu na tyle wysokie, by mowic i pisac o tej plycie z pozycji czolobitnej. najoczywistszy dla mnie przyklad – „Eleanor Rigby”. czyli McCartney. rozkladajaca na lopatki melodia, idealnie zgrany z nia poruszajacy tekst. no i forma, pozwalajaca wierzyc, ze gdyby McCartney skumal sie intensywniej z Brianem Wilsonem, to mogloby z tej kolaboracji powstac Najgenialniejsza Muzyka W Historii Fuckin’ Swiata (tak jakby plyty Fab Four czy „Pet Sounds” nie zaslugiwaly na ten tytul, phi). ale warto tez odnotowac, ze w smyczkowej aranzacji tego utworu spory udzial mial George Martin, ktory chyba najbardziej zasluguje na tytul „piatego Beatlesa”.

skoro jestesmy przy Paulu: „Got To Get You Into My Life” udowadnia, ze Macca po czesci jest mentalnym Murzynem. czy moze bardziej Motown’owcem, ktorego pozniejsza wspolpraca z Jacko nie powinna az tak dziwic. „Here, There And Everywhere” to zas pop-perelka po linii „Michelle” z cudownymi chorkami. idac tym tropem, „For No One” to mentalny braciszek „Yesterday”, choc bardziej ze wzgledu na tekst niz klawesynowy glownie podklad. „Good Day Sunshine” to utwor przeznaczony do budzenia rano z dawaniem kopa na reszte dnia i jako taki niespecjalnie skomplikowany formalnie. rownie optymistyczny, na granicy lekkiej glupawki, choc aranzacyjnie o wiele pyszniejszy jest „Yellow Submarine”, zaspiewany przez Ringo. nie rozumiem, swoja droga, dissowania tego utworu. tak jakby fakt, ze refren wchodzi do glowy za pierwszym razem i juz nie wychodzi z niej nigdy byl czyms zlym.

tak w ogole to wlasnie Paula, jak chyba w przypadku zadnej innej plyty Fab Four, mozna uznac najwiekszym bohaterem „Revolvera”. wlasne kompozycje to jedno. ale wezmy openera calosci, czyli Harrisonowego „Taxmana”. z figura basu tak charakterystyczna, ze KAZDY pozniejszy adept czterostrunowca predzej czy pozniej probowal sprzedac ja jako wlasna. przewaznie zreszta nieswiadomie. a dodajmy przeciez, ze ta przezajebistoc, ktora sie dzieje na gitarach elektrycznych w tym tracku, jest takze autorstwa Paula.

zreszta George na swoj sposob tez jest bohaterem tej plyty, gdyz jeszcze nigdy wczesniej (pozniej zreszta dopiero na s/t) nie dostarczyl tylu piosenek na plyte zespolu. tu poza „Taxmanem” mamy jeszcze „I want to tell you” i „Love You To”. ja osobiscie najbardziej preferuje ten drugi, stanowiacy kolejny przekapitalny efekt fascynacji sitarem i muzyka Indii. moze strukturalnie nie jest to poziom spolki autorskiej Lennon/Macca, ale komponuje sie z caloscia plyty pysznie. moze nawet lepiej niz „Within You Without You” na plycie nastepnej.

a Lennon? Lennon odlatuje najbardziej. a takze ma chyba najwieksze zaslugi jesli chodzi o eksperymentalny aspekt „Revolvera”. „Tomorrow never knows” przykladem najoczywistszym. klimat tego kawalka rozklada na lopatki. ale takze „I’m Only Sleeping” z kapitalnymi gitarami puszczanymi od tylu czy „She Said She Said” (sorry Tymon, ale Ringo is THE best) radza sobie pod tym wzgledem nienajgorzej.

podsumowanie? w skali „ogolnej” to byloby 10/10 i po herbacie. jesli jednak porownywac tylko do innych plyt, to jednak stawiam wyzej „Sierzanta” i „Rubber Soul”. choc wciaz jest to podium. zreszta, niewykluczone ze za bardzo niedlugi czas znow zmienie zdanie.

 

najlepszy moment: ELEANOR RIGBY

ocena: 9,5/10

Leave a Reply