rageman.pl
Film

Testosteron

rok: 2007

reżyseria: Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz

 

Komedia polska. Wiem, brzmi to odrzucająco. Więc tym bardziej pragnę poinformować: jest to pierwsza od lat udana polska komedia. Autentycznie. Jest ŚMIESZNA. Śmieszny film produkcji polskiej zdarzał się ostatnio rzadziej niż szóstka w lotto (chyba że o niezamierzoną śmieszność chodzi, to co innego). Ej, kogo my tu oszukujemy. Polskich komedii w ostatnich latach nie było. Ostatnią udaną polską komedią było „Ciało”. Czyli poprzedni film twórców „Testosteronu”. Niestety, to nie jest jeszcze tak, że rosną nam geniusze na miarę Allena czy, może bliżej, Zuckerów czy Wayansów. Po prostu panowie nie mają w naszym kraju konkurencji. Choć nie to, by bozia poskąpiła talentu Saramonowiczowi i Koneckiemu czy coś.

Anyway. Pochylmy się niżej nad nowym dziełem tego duetu. Co złożyło się na sukces „Testosteronu”? Przede wszystkim – kapitalny scenariusz. Przetestowany już długo wcześniej. Bo najpierw była sztuka teatralna. Zresztą też autorstwa pana Saramonowicza. Sztuka świetnie przyjęta. Więc skoro coś sprawdziło się w innym formacie, to czemu nie przenieść tego na materię filmową? Tak też poczyniono.

A teraz może słów kilka o owym świetnym scenariuszu. „Testosteron” nazywany jest pierwszą komedią hormonalną. Brzmi głupio, ale chwytliwie. A o co chodzi. Właściwie jedynymi bohaterami sztuki/filmu są mężczyźni. Konkretnie w liczbie siedmiu. Na początku zawiązuje się intryga. Widzimy, że czterech panów jedzie samochodem. Z tymże jeden jest ewidentnie poobijany na twarzy i sądząc po zachowaniach reszty panów, wielce prawdopodobne jest, że to współpasażerowie tak go potraktowali. Parę chwil później nie ma wątpliwości. Wyrzucają nieszczęśnika z samochodu. Miejsce akcji: plener weselny. Zastawione stoły, piękne okoliczności przyrody… Podbiega kelner. Najstarszemu z owej grupki panów ewidentnie nie po drodze z owym kelnerem. Jakiś czas później pojawia się jeszcze jeden poobijany koleś z kolegą. Kim są ci wszyscy kolesie?

Pierwsze pół godziny to kapitalnie sklecona intryga. Z każdym wypowiedzianym zdaniem robi się coraz jaśniejsza sytuacja, wszystko zaczyna nabierać sensu. Po jakimś czasie właściwie już jednak wszystko wiadomo. Koniec intrygi. Jeśli coś takiego następuje w filmie po pół godzinie, to oznacza to zazwyczaj koniec filmu. Można już się kimnąć w kinie. Wielką sztuką jest sprawienie, by jednak dalej trzymać widza w skupieniu. Udaje się. Bo teraz następuje esencja filmu. Czyli nocne rozmowy panów o roli kobiet w ich życiu, czynnikach wpływających na ich decyzje, motywach… Generalnie o ich jestestwie. I tytułowym testosteronie, który definiuje ich miejsce w świecie.

Wszystko fajnie. Tyle że jednak kino rządzi się innymi prawami niż teatr. A każdy w Polsce wie, co to za traumatyczna instytucja o nazwie „teatr telewizji”. Na szczęście „Testosteron” to nie tylko siedmiu kolesi gadających o życiu przez dwie godziny. To także świetne zdjęcia, ciekawa latynoska muzyka. To także wstawki, początkowo drażniące, później jednak przekonujemy się o ich nieodzowności. Zwłaszcza ciekawie wypadają te, w których biorą udział kobiety. Miła dla oka odmiana i zdynamizowanie akcji w jednym.

A przede wszystkim: „Testosteron” to aktorski majstersztyk. Dowód, że w Polsce mamy aktorów absolutnie nie gorszych niż za granicą. Siedmiu aktorów, siedem różnych osobowości, siedem ról życia, a przynajmniej siedem jednych z najjaśniejszych ról w emploi każdego z tych aktorów. Alfabetycznie może polećmy.

Piotr Adamczyk. Czyli Aktor, który zagrał Papieża i z tą rolą być może będzie już utożsamiany do końca życia. Okej, każdy aktor ma swój hit w karierze. Problem tylko taki, że w tym przypadku mówimy o roli taaaaaak poważnej, taaaaaaaak bardzo wysokiej wręcz, że koleś przekreślił sobie szanse już na granie w filmach o tematyce mniej poważnej, by nie powiedzieć – komediowej. Dostał jednak szansę od twórców „Testosteronu”. Nie zmarnował jej.

Tomasz Karolak. Akurat w tym towarzystwie chyba najmniej opatrzona twarz. Fajna rola w „Ciele”, pobłyszczał w „Kryminalnych” czy innym syfie… i kolesia właściwie nie ma. A tymczasem… rola rokendrolowca Fistacha wcale nie odstępuje od pozostałych, bardziej utytułowanych kolegów. No i „MASAKRA”. Nowa odzywka sezonu.

Cezary Kosiński. Podobny casus co w przypadku Karolaka. Też „Ciało”, też serial. Tyle że znacznie popularniejszy, bo „Na dobre i na złe”. W „Testosteronie” tworzy niby najpoważniejszą rolę, co nie zmienia faktu, że parę razy rozwala widza na łopatki (monolog o wódce miażdży).

Tomasz Kot. Rysiek Riedel w „Skazanym na bluesa” oraz „Niania”. Dotychczas nie kupowałem. Do czasu. Rola w „Testosteronie” ocierająca się o geniusz. Ten ultraniezdarny koleś grał Riedla???? Szok.

Obok Kota drugą genialną rolę tworzy Krzysztof Stelmaszyk. Koleś obijający się po serialach typu „Złotopolscy” nagle pokazuje talent na miarę De Niro. No dobra, Gajos eventually. Naprawdę, jak nie będzie jakiejś nagrody, to świat jest zły i podły. Niby tutaj też amant, jak w „Złotopolskich”. Ale tutaj jest to amant jakiś taki gorsza wersja, zmęczony życiem. Kapitalnie.

No i dwóch młodzieniaszków, alfabetycznie na końcu, a i dobrze, bo wyliczankę trzeba zakończyć spektakularnie. Maciej Stuhr. Tak, TEN Stuhr. Niby kolejna rola podobna do np. tej z „Wesela”. Ale HEY, to Stuhr Maciej!

Borys Szyc. Ostatnio jedna z głównych sił napędowych polskiego kina. Tutaj niby też go kreują na największą gwiazdę filmu. I rzeczywiście, chłopak pokazuje, że ma talentu co niemiara. Ale jednak – ten film należy w największej części do Stelmaszyka i Kota.

Damn, IDŹCIE NA TEN FILM. Po prostu. Chyba że lubicie się dołować na filmach. Jeśli tak, to może jeszcze gdzieś grają „Plac Zbawiciela” czy coś w ten deseń. Ale jeśli lubicie miło spędzić dwie godziny i po polsku na dodatek – to nic innego aktualnie lepszego w kinach nie znajdziecie.

 

najlepszy moment: SAMO ŻYCIE

ocena: 7/10