Suzhou
reżyseria: Lou Ye
no tak wyszlo, ze jednak olalem mecz z San Marino. wierze ze nie za wiele stracilem. btw jakies interpretacje gestu smolarka po strzeleniu gola? bo chyba nie chodzilo jednak o prosbe zejscia z boiska.
no w kazdym badz razie w kinie bylem. Żak, wiec bedzie ambitnie. ja, jak wiecie, maniakiem kina ambitnego nie jestem. ale warto czasem wysilic mozg. tym bardziej, ze mam slabosc do azjatyckiego klimatu, wiec seans okazal sie calkiem udany.
jak wiecie, kinematografia chinska bajkami stoi. i nie chodzi tylko o produkcje typu „dom latajacych sztyletow”, gdzie watek milosny rodem z disneya miesza sie z scenami walk przeczacych prawom grawitacji. rowniez jesli chodzi o filmy „zwykle” to chinole lubia, jak jest mistycznie, dziwnie, nieprawdopodobnie. nie potrafia tego sie wyzbyc. w sensie, zakorzenione tak maja. niektorzy skresla na dzien dobry, inni bez uprzedzen podejda i docenia takie dziela jak „suzhou”.
wiec tak: film zaczyna sie dialogiem slyszanym spoza planu chlopaka z dziewczyna. jakies milosne bzdety, a zaraz potem widzimy na ekranie tytulowa rzeke, plynaca przez Szanghaj. akcja filmu jest nierozerwalnie zwiazana z tym miejscem, z ta rzeka. no ale. otoz chwile pozniej okazuje sie, ze bedzie tu zastosowany zabieg pt „oko kamery to oczy glownego bohatera”. tego samego ktorego slyszelismy na poczatku. pewneog razu idzie do knajpy, ktorego glowna atrakcja jest hmmm syrena. a raczej pani sie za nia przebierajaca. pani, jak sie okazuje, ma na imie Meimei i nawiazuje z glownym bohaterem romansa. dnia jednego meimei opowiada naszemu bohaterowi historie milosna. o kolesiu nazywajacym sie Mardar, co byl poslancem obracajacym sie w gangsterskim srodowisku i mial zajmowac sie corka pewnego takiego bossa. oczywiscie corka sie w nim zakochala, a ten gnoj jak dostal propozycje od innego szefulka by porwac ow corke co sie Moudan zwala, to nie mial skrupolow i tak tez uczynil. tylko ze plan sie nie do konca powiodl, bo dziewczyna mu uciekla i wskoczyla do rzeki, o ktorej wczesniej wspomnielismy. cialo nigdy nieznalezione, mardar skumal co strasznego poczynil i zmyl sie na pare lat, by powrocic z postanowieniem odnalezienia moudan. no i w czym rzecz – moudan i meimei (ta pseudosyrena) sa podobne jak dwie krople wody. wiec mardar se ubzduruje, ze meimei to jego moudan, tym bardziej ze skoro nibysyrena teraz jest, to pewnie dlatego ocalala tamtego feralnego dnia. jak sie to potoczy? czy meimei to naprawde moudan? i co na to nasz glowny bohater-kamerzysta? o tym sie dowiecie w nastepnym odcinku…
… a wlasciwie to juz teraz. no cala zabawa polega na tym, ze chociaz wciaz slyszymy kolesia-kamerzyste, to glownym bohaterem jest mardar. kumacie, pan tadeusz, a jednak ksiadz robak. pokomplikowana ta historia milosna, bardziej niz w „Modzie na sukces”. i bywa tez roznie jesli chodzi o tempo opowiesci. no ani razu nie pedzi ono na leb na szyje, ale momentami bywa naprawde nudno i az za bardzo artystycznie. z chronologia wydarzen rezyser tez sie zabawial, wiec czesto nie dosc ze bywa nudno to niezrozumiale. i tak na dobra sprawe to w trakcie filmu myslalem ze to bedzie pseudoartystyczne sredniactwo, dopiero pod koniec wszystko sie zazebilo tak ladnie, ze az cichutko w sobie, w rejdzmenie, zakrzyknalem „kurwa! to ma sens! i w ogole!”. dlatego ogladajcie Ale Kino, bo ponoc mozna tam na ten film trafic. ladnie nakrecone, ladnie zagrane, ladnie opowiedziane. no i w sumie przeslanie podobne do „Amores Perros”. czyli spieszci sie kochac ludzi, zanim nas nie rozpierdoli Wielki Zderzacz Hadronów. i spieszcie sie im dziekowac za mily wypad do kina. elo Agnieszka!
najlepszy moment: MIX
ocena: 7,5/10
