Statyści
reżyseria: Michał Kwieciński
Na filmie byłem. Bilet za darmo, więc czemu nie. Choć film po polsku. Polska komedia nie brzmi zbyt dumnie, więc trzeba przyciągnąć klientelę na wszystkie sposoby, choćby biletami za darmo. Niesłusznie. Bo „Statyści” to całkiem niezły film.
Przede wszystkim — należy się Oscar już za sam pomysł na film. A wygląda to tak: do jakiegoś miasteczka na zadupiu w Polsce przyjeżdża ekipa filmowa z Chin, by kręcić film o wiele mówiącym tytule (?) „Smutny wiatr w trzcinach”. Rzecz ma być ultra-dołująca, bez happy endu, więc filmowcy wymarzyli sobie, że będą kręcić film w najsmutniejszym państwie świata. Czyli w Polsce właśnie. I przyjeżdżają, robią casting, który wygrywają osoby o typowych polskich, zdołowanych, zmęczonych życiem mordeczkach. Jak się jednak okazuje — wcale niełatwo jest nakręcić zdołowany film w Polsce, bo ci statyści w Polsce wcale dołować się nie zamierzają…
Jak już więc widać, nie jest to typowa polska komedia, która opiera się na wydumanym wątku sensacyjnym, sitcomowych żartach i epizodach gwiazd, które mają ratować film. Zaskakujące — ten film jest po prostu mądry. Oraz życiowy. I chociaż na początku nie zapowiadało się na to, to z czasem film naprawdę sympatycznie się rozkręcił. I naprawdę można było się przejąć losami tych wszystkich do bólu zwyczajnych bohaterów.
A galerię osobistości mamy niemałą. Mamy kapitalnego Krzycha Kiersznowskiego (jakby ktoś nie wiedział — Wąski z „Kilera”) w roli Gralewskiego — fotografa-freaka, z wyrazistymi poglądami na Kościół („Rozbijający małżeństwa!”) i inne rasy, w tym Azjatów. Kolejna wielka rola Kiersznowskiego, zajebiście niedocenianego aktora z wyjątkową twarzą do grania właśnie tego typu postaci — dobrych czy złych („Cześć Tereska”), ale zawsze jakichś takich prostych, „naszych”. Gralewski w trakcie kręcenia filmu zaczyna zarywać do koleżanki z planu, pani Marii, granej przez Annę Romantowską („Matki, żony i kochanki”, pamięta ktoś?). Pani Maria jest księgową, wdową rozpamiętującą swojego męża-podróżnika, wydzwaniającą do syna-aktora. Są dwie siostry, Dorota i Ela, grane odpowiednio przez Gosię Buczkowską i Dorotę Chotecką (pani Pazurowa w sensie). To właśnie młodsza, Dorota, dostaje się do filmu, choć ambicje aktorskie zdecydowanie większe ma starsza druga. Dorota zaś zakochuje się w Szymonie (granym przez Łukasza Simlata — ciekawa twarz, jakoś nieopatrzona w filmach) — kawalerze mieszkającym z mamusią-fanatyczką religijną.
Jest jeszcze pan Józef (Stanisław Brudny) — niedomagający starszy pan, któremu zamarzyła się kariera aktorska, na przekór kontrolującej go rodzinie, który z czasem zaprzyjaźnia się z Szymonem.
Czyli jak widać — całkiem ciekawie nakreślone postaci. Aczkolwiek drugim, po kręceniu filmu, głównym wątkiem jest historia Romka i Bożeny. I tu można mieć małe zastrzeżenia.
Otóż wątek sprowadza się do tego, że Romek wraca do rodzinnego miasta, z którego 10 lat wcześniej zdezerterował, zostawiając Bożenę z dzieckiem. Teraz Bożena (która pracuje na planie tego chińskiego filmu jako tłumaczka) jest już ożeniona z dentystą Ochmanem (w tej roli Krzysztof Stelmaszyk — kapitan Wons ze „Złotopolskich”) i razem z nim wychowuje już nie takiego małego Sebastiana. Początkowo Bożena nie chce mieć nic wspólnego z Romkiem. No ale jak to bywa w filmach z happy endem — do czasu…
Bożena grana jest przez niezawodną Kingę Preis, która potwierdza tutaj, że jest jedną z najlepszych polskich aktorek. Problem natomiast jest z Bartkiem Opanią grającym Romka. Ciężko jest zagrać skurczysyna, który szuka po latach wybaczenia, a nawet powtórnej miłości. Zazwyczaj w przypadku takich postaci mamy sytuację, że choćby robili największe podłości, to i tak ich lubimy. Nie wiem, czy zamierzone to było czy nie, ale przez pierwszą połowę filmu Romek robi wszystko, by zapracować na tytuł najbardziej antypatycznej postaci w historii kina. Błaznuje, wciąż zaczepia Bożenę, w końcu przychodzi bezczelnie do domu Bożeny. Nic tylko czekać, aż ktoś mu w końcu mordę obije. I dopiero jakoś w drugiej połowie filmu następuje zaskakująca odmiana. Przekonująca, pozwalająca w końcu uwierzyć w tę postać. Aczkolwiek mam wrażenie, że nie do końca o to chodziło.
Nie zmienia to faktu, iż jesteśmy świadkami pochodu przez kina kolejnego dobrego filmu polskiego, co naprawdę raduje. Co więcej, na swój użytek skleiłem stwierdzenie, że jest to jakby negatyw „Wesela”, które rządziło w kinach dwa lata temu. Tam mieliśmy przekonujący obraz Polaków. Niestety — przerażający. I „Statyści” mówią wiele o Polsce i Polakach. Ale jest to obraz pozytywny. Kto wie, może jest to pierwszy przekonujący film o tym pozytywnym obliczu Polaków. Pozytywnym, acz nieprzekłamanym, który nie jest tak oczywisty i trzeba się postarać by go dopatrzeć.
Czyli co? Ciekawy przekaz, całość dobrze skręcona, opatrzona niezłą muzą Lorenca i dobrymi zdjęciami plus parada aktorska = naprawdę warto obejrzeć.
najlepszy moment: SITUATION IN POLAND NICHT GUT
ocena: 6/10

