rageman.pl
Muzyka

Sofi Tukker

gdzie: Progresja, Warszawa

kto: Sofi Tukker, Plastic

 

Nie będę ukrywać, że koncertowe wojaże w tym roku nie układają się tak jak oczekiwałem. Wszystko to na co sobie ostrzyłem zęby – Deftones, Beck, Helmet – finalnie ominęło Polskę lub nawet całą Europę. Największy cios padł jednak niedawno w postaci odwołania RATM po 2 latach przekładania. Zostały zatem służbowe „koncerty pocieszenia” – chociaż jest to dość krzywdzące określenia, bo wszystkie te koncerty same w sobie były naprawdę przynajmniej spoko. A już na pewno ten o którym dziś mowa.

Sofi Tukker to EDMowo-popowy duet z Nowego Jorku, który zainicjował podbój serc słuchaczy i parkietów w klubach 4 lata temu albumem „Treehouse”, kolejny cios wyprowadzając kilka miesięcy temu drugim długograjem „Wet Tennis”. Chociaż może nie jest to wprowadzenie potrzebne? Przyznam, że zaskoczył mnie trochę sold out niemałej przecież Progresji, bo oceniając po swojej bańce towarzyskiej i wynikach w streamingu spodziewałem się raczej tanecznego rytuału tylko dla wtajemniczonych – i to jeszcze głównie z kręgów LGBT+. Akurat ten ostatni aspekt znalazł swoje przełożenie w rzeczywistości i fajnie – wszak nikt tak nie potrafi rozkręcić wixy, jednocześnie bez dresiarskich inklinacji.

Skoro mowa o „mokrym tenisie” – poza wixą był też niemały faktor „show”. Po obu stronach sceny były rozstawione wielkie pojemniki z piłkami tenisowymi – koniec końców posłużyły głównie jako dekoracja, zaledwie kilka serwisów (oczywiście z poszanowaniem bezpieczeństwa publiki) poszło w tłum. Nie wytrwała też do końca koncertu konwencja, której głównym elementem była umieszczona pośrodku sceny ledowa tablica z punktami – po początkowym przyznawaniu sobie punktów przez Tuckera samemu sobie duet olał tę grę na rzecz grania na instrumentach. Tak właśnie – koncert był też dobrą lekcją dla rockistów przekonanych że muzyka elektro to tylko jeden przycisk klawiszem. Owszem, nie aby od razu cała orkiestra czy nawet rockowy skład, ale poza klawiszami i innymi panelami Tuckera niemałą rolę w tym wszystkim odgrywa gitara i bas, za które odpowiedzialna jest Sophie. W pewnym momencie zrobiło się zresztą stricte akustycznie, a Sophie wykonała jeden z utworów z drugiego końca sali (na pokoncertowym M&G zapierali się że to nieplanowana akcja, ale jakoś średnio im w to wierzę). Wybaczcie określenie „jeden z utworów”, ale nie będę ściemniał żem ekspert od dyskografii ST. To co na pewno rozpoznałem to „Best Friend”, „Batshit” i mój ulubiony „Fuck They”. Poleciał też śmigający ostatnio w radiach „It Don’t Matter” nagrany z Alokiem.

Była wixa, było show, był świetny kontakt z publiką i szczera radość muzyków. Nie wiem co tu jeszcze można by wymagać. Aha, był też support w postaci Plastic. I choć szczerze kibicuję im od lat, a sam koncert żadnych skuch nie miał, to w trakcie pojawiła się smutna refleksja, że ta kariera potoczyła się w zdecydowanie wolniejszym tempie niż można było oczekiwać – jeśli w jakimkolwiek. Różnica jakościowa, tak w muzyce jak i prezencji scenicznej, między nimi i ST przerażająca.

 

najlepszy moment: FUCK THEY

ocena: 8/10

Leave a Reply