rageman.pl
Muzyka

Slipknot – 9.0: Live

rok wydania: 2005

wydawca: Roadrunner

 

znow o metalu bedzie \m/

do zwolenniczakow Slipknota, larw, robali – czy jak tam sie zwa fani tej kapeli – nigdy sie nie zaliczalem, nie zaliczam i chyba juz nie zalicze. choc lekki szacun i sentyment do „Iowa” mam wciaz. i nawet nie chodzi o to, ze to jakis pozer-metal jest, nu-metal czy cos tam jeszcze. bardziej ze to belkot metal. 9 typow siedzi w studiu czy tez na scenie i generuje Belkot. napierdalansko opatrzone pentagrami i smiesznym imidzem. kontestacja za pare dolarow dla brzydkich, grubych amerykanskich nastolatkow.

troche rzecz inaczej miala sie z koncertem w warszawie, w jakim dane bylo mi uczestniczyc 4 i pol roku temu. zaplanowany co do sekundy show, ale zaimponowali mi. bylem ciekaw zapoznajac sie teraz z tym wydawnictwem, czy uda sie przywolac tamte mile chwile. nie dalo sie.

jak juz nieraz wspominalem, koncertowki na CD z natury rzeczy sa dla mnie gorsze od tych umieszczanych na dvd, gdzie mamy takze obraz (nie porownuje juz nawet z koncertem „na zywo”, takim, dla ktorego trza wyjsc z domu). a jak jeszcze slysze taka plyte jak „9.0: Live”, gdzie dzwiek jest tak perfekcyjny, ze az nienaturalny, to sam nie wiem co myslec. zwlaszcza ze nie udalo sie tym dopieszczonym soundem przykryc najwazniejszego. czyli lekkiej biedoty tej muzyki.

bo dla kogos, kto die-hard fanem kapeli nie jest, a i za muzyke metalowa (juz) zycia by nie oddal, przebrniecie przez te dwie plyty, blisko dwie godziny grania moze graniczyc z cudem. poczatek to sieka straszna, dopiero w okolicach singlowych „Before I Forget” i „Left Behind” otrzymujemy namiastke melodii. na rownie ciekawe momenty trza poczekac az do srodka plyty drugiej (mozna zawiesic ucho w miedzyczasie na solowce perkusyjnej, choc bez mozliwosci ogladania efekciarskiego sztafazu, jakim opatrzone sa popisy Jordisona latwiej dostrzec, ze drugim Lombardo to on – jeszcze – nie jest). poczawszy od najbardziej porabanego w ich repertuarze „Iowa” (szkoda ze pozbawionego drugiej, agresywniejszej czesci), poprzez singlowe „Duality”, „Spit It Out” i „Wait And Bleed”, na wciaz-jednak-jarajacym prawie-hymnie z debiutu „Surfacing” konczac.

a w miedzyczasie? wyziewy totalne, podczas ktorych czlowiek zastanawia sie po kiego grzyba trzymaja w skladzie turntabliste czy az dwoch perkusjonalistow. badz hiciory z trzeciej plyty z tak wydumanymi melodiami („Vermilion” czy „The Nameless”), ze w tych wyjatkowaych chwilach tesknie za fragmentami pozbytymi melodii. dodac do tego zupelnie ultra-powazne, zupelnie wyzbyte z autodystansu pogadanki wokalisty i czlowiek sie zastanawia – glupi oni czy ja? wyroslem z tej muzyki czy juz kompletnie zdziadzialem (no przeciez ta na logike – nowy Stachursky nie moze byc obiektywnie-lepszy od Slipknota)? choc aby mi ten problem spedzal sen z powiek to nie powiem…

 

najlepszy moment: SURFACING

ocena: 6,5/10

Leave a Reply