Skandal. Ewenement Molesty
reżyseria: Bartosz Paduch
W tym roku wyjątkowo przerzedziło we wpisy na tym blogu, co jest jednak podyktowane przede wszystkim koronawirusem, który zabił jedyne okazje na nowe recenzje – koncerty i wypady do kina. W tym drugim wypadku obiecałem sobie jednak, że choćby skały srały i wyjebało licznik zachorowań, to dwóch filmów nie odpuszczę – nowej wersji „Diuny” i dokumentu o Moleście. Na ekranizację dzieła Herberta poczekamy do grudnia, ale film o Warszawiakach już jest. Zatem refleksja na gorąco, tuż po oficjalnej premierze.
Przyznam jednak na wstępie, że „Skandal” w hierarchii moich naj albumów zajmuje bardzo wysokie, ale nie najwyższe – nawet w zawężeniu kategorii do polskiego rapu. Ba, nawet zawężając do Warszawy, to w końcówce lat 90tych o wiele częściej katowałem „Nastukafszy” WFD, a albumem który na tyle wrył mi się w serce, że na wyrywki mógłbym go cytować obudzony w środku nocy była „Kinematografia”. Debiut Molesty pojawił się stosunkowo później, ale jak już zaistniał to moja wrzeszczańska „klima” do dzisiaj przeżywa wydarzenia z „28.09.97”, a „Się Żyje” ma stałe miejsce na naszych imprezowych playlistach. O recytowaniu „Wiedziałem, że tak będzie” nawet nie wspominam, bo to oczywiste. Niemniej jednak, miłość przyszła później, szacunek był jednak niemal od początku, a już na pewno świadomość że mamy do czynienia z wydawnictwem przełomowym i fundamentalnym. Jak się okazało, czas tylko podziałał na korzyść „Skandalu” i choć trudno szukać w newschoolu inspiracji tym albumem, to przypuszczam że nawet wśród jego fanów wypada chociaż znać dzieło Vienia i spółki. O fanach wciąż będących na topie Sokoła czy Pezeta nawet nie wspominam – tych raperów zwyczajnie by nie było bez „Skandalu”.
I niestety chociażbym bardzo chciał napisać, że na ten dokument czekało pół Polski – obstawiam że równoległe powstały dokument o Quebonafide zgarnie znacznie więcej widzów – to na pewno ci co czekali to nadzieje mieli wysokie. I mogę z ulgą oznajmić – rozczarowania nie będzie.
Przede wszystkim – zwycięska okazała się sama decyzja o formacie filmu. Fabuły o Chadzie nie widziałem, ale np. „Jesteś Bogiem” jestem w stanie bronić. W przypadku Molesty trudno byłoby mi przetrawić naginanie faktów w imię „wartkości akcji”. Bo historia „Skandalu” czy w ogóle Molesty zwyczajnie nie jest filmowa – i to nie jest bynajmniej zarzut. Nie umniejszając nic „Kinematografii” czy dyskografii Chady, ale legenda „Skandalu” wynika tylko i wyłącznie z jej zawartości – żadne zgony czy skandale (sic!) się na nią nie złożyły. Za to całkiem możliwe, że w fabule umknąłby nie tak oczywisty kontekst, dzięki któremu „Skandal” jest nie tylko świetny (nawet jeśli od strony produkcyjnej się zestarzał), ale i ważny. I ten udało się ukazać reżyserowi filmu, Bartoszowi Paduchowi (który stworzył też spropsowany swego czasu na tym blogu dokument o Totarcie – gdybym skojarzył to przed seansem „Skandalu. Ewenement Molesty” to byłbym znacznie spokojniejszy). Widzimy Polskę lat 90tych w całej jej okazałości, zachłyśniętą nowym dla niej kapitalizmem, ale wciąż jeszcze dzikiej. I m.in. tu należą się olbrzymie brawa – bo dotarcie do archiwalnych zdjęć czy filmów (pierwsze koncerty!) to jedno, ale zestawienie ich z odpowiednimi obrazkami to już nie tylko research, ale i odpowiednie wyczucie. Ani razu nie miałem wrażenia „odczapy’owści” czy „zapchajdziurawotości”, co niestety zdarza się przy dokumentach historycznych. Na pewno też prawnicy pracujący przy tym filmie musieli się napracować, bo sporo tu materiałów „dzięki uprzejmości” – włącznie z epokowymi fragmentami z kanałów Atomic TV czy VIVA. I nawet jeśli zapewne twórcy spotkali się z jakimiś odmowami, to trzeba byłoby mieć sporo złej woli by zarzucić im braki czy niedopatrzenie. Choć te i tak na 100% się pojawią, bo…
No właśnie, tu przechodzimy do najważniejszego aspektu, czyli bohaterowie filmu. Oczywiście najwięcej wypowiadają się Vienio i Włodi, co jest oczywiste, skoro to oni założyli Molestę i trwali w niej do końca. Nie zabrakło Wilka i Kaczego (w przypadku tego drugiego to szczególnie warte odnotowania, ze względu na jego najkrótszy staż w Moleście), są też wypowiedzi raperów pokroju Tedego (ten od zasilacza), Ten Typ Mes, Pono i wielu innych (to nie zarzut, ale trochę szkoda że nie ma żadnego rapera spoza Warszawy – fajnie byłoby poznać ciut inną perspektywę, zwłaszcza że WYP3 są tu wspomniani) czy branży – jak Hirek Wrona czy Bogna Świątkowska. Jest też Tomasz Kopeć, ówczesny dyrektor artystyczny Pomaton EMI – można jego udział rozpatrywać jako akt odwagi, biorąc pod uwagę to, że członkowie nieraz w późniejszych latach mieszali swojego byłego wydawcę z błotem. Wszyscy więc są… poza Pelsonem. OK, jest w materiałach archiwalnych, pojawia się też jedna zarejestrowana przez twórców filmu wypowiedź. Ale wiem z samego źródła, że nie chciał on wystąpić w filmie. Nie muszę chyba też dodawać, że i na premierze filmu się nie pojawił. Czemu? Tego się z filmu nie dowiemy.
Nie dowiemy się również, mimo iż historia zespołu pokazana jest do samego jej końca, czemu dziś Molesty nie ma. Padają jakieś domysły (kasa, wypalenie w relacjach), ale żadnych oficjalnych stanowisk nie ma. Pytanie, czy są one tak naprawdę do czegoś potrzebne? Oczywiście wszyscy jako fani muzyki jesteśmy w gruncie rzeczy romantykami i idealistami – chcielibyśmy by przyjaźnie nawiązane przez muzyków przy zakładaniu zespołów trwały wiecznie, a poglądy przez nich wyznawane nigdy się nie zmieniały. Dopóki jednak muzyka będzie tworzona przez ludzi a nie roboty, tak i ci ludzie będą się zachowywać po ludzku. Cieszy to, że Molesta nie osiągnęła poziomu, w którym jej członkowie otwarcie deklarują niechęć wobec siebie nawzajem, zresztą za niedługo planowany jest w Warszawie koncert z okazji premiery filmu (czy Pelson na nim wystąpi?). Ale oglądając film trudno nie mieć wrażenia, że fajnie było powspominać (ostatnia scena na swój sposób piękna i wzruszająca), ale generalnie jeszcze lepiej jak działamy sobie osobno. Na różny sposób i z różnymi efektami – bo o ile Włodiego znów jest pełno w muzyce (niedługo nowa płyta i to w samym Def Jam Poland), a i Wilku ma swoich stałych odbiorców, tak w przypadku Vienia trudno orzec, czy częściej widziany jest w studiach nagraniowych czy telewizji… Nie jestem hejterem mainstreamu i zarabiania, wiem te że czasem naprawdę ludzie pojawiają się w reality show dla chęci przygody, no ale bywają też inne opinie na ten temat.
Nie to mnie zasmuciło jednak w tym filmie (a raczej przez ten film) – bo powtórzę się, że jestem świadom, że dorośli ludzie idą w swoje strony. Powiem tak – jestem ciekaw wspomnianego dokumentu o Quebonafide, bo na pewno jest to ciekawa osobowość. Nie odmawiam też temu raperowi bycia artystą. Na pewno jednak nie dostrzegę w nim tego, co w „Skandalu”- bandy chłopaków, dla których nagranie albumu to sprawa życia i śmierci, wyrzucenie z siebie nagromadzonych emocji, wyrwanie się z mniejszej lub większej patolii. To nie jest zarzut wobec Quebo, co wobec czasów nam współczesnych, a i to nie do końca – bo przecież głupio utyskiwać, że żyje nam się coraz lepiej, dostęp do informacji coraz lepszy, a i branża muzyczna się rozwija. I dziś też powstaje mnóstwo świetnej muzyki. Coś jednak przez ten progres straciliśmy – i jeśli dla Ciebie Muzyka to nie tylko dźwięki, to pewnie zrozumiesz co mam na myśli.
najlepszy moment: ostatnia scena
ocena: 9/10
