Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga
reżyseria: David Dobkin
Przyznaję się bez bicia – coraz rzadziej, ale wciąż zdarzają mi się chwile gdy tęsknię za pisaniem. I to jest jeden z nich. Mam nadzieję że wybaczycie tę chwilę słabości.
Z powodu pandemii jedyne okazje dzięki którym uaktywniałem się na tym blogu – czyli wypady do kina oraz koncerty – zmalały do zera, ale w końcu kino przyszło do mnie. A konkretnie Netflix. Otóż pewnego pięknego dnia w Sony Music PL okazało się, że będziemy wydawać soundtrack. No ok, tygodniowo wydajemy ich minimum 10, no big deal. Ale soundtrack do komedii z Willem Farrellem. „OK, wzbudziłeś moje zainteresowanie”. Do komedii z Willem Farrellem o Eurowizji. „Wait, what?”
Chociaż powinno paść inne pytanie – czemu dopiero teraz? Toć ten coroczny konkurs to komedia sama w sobie, istny samograj. I żeby nie było – nie mam na myśli aspektu wizualnego, bo serio uważam że Eurowizja robi kawał dobrej roboty w kwestii otwierania ludziom oczu na inność, na mniejszości. Mam tu na myśli przede wszystkim walor artystyczny, który od kiedy pamiętam pikuje w dół (starsi pewnie uznają za moment przełomowy występ Abby). OK, eufemizm, ale mam świadomość że są ludzie którzy czerpią z tej specyficznej (bo chyba można tu mówić o pewnej odrębności) odmiany popu i nie chciałbym urządzać tu linczu, nawet jeśli nikt z zainteresowanych nigdy tego nie przeczyta.
Anyway, słowo się rzekło, ktoś musiał w końcu sparodiować Eurowizję. Padło na Chada Smitha z Red Hot Chili Peppers. To znaczy, na Willa Ferrella, ale co za różnica (tak, wiem że film ma reżysera, ale to jakiś wyrobnik). I dla mnie to bardzo dobry wybór, bo w kategorii „głupie amerykańskie komedie” to zdecydowanie mój ulubiony aktor. Także jedyną wątpliwością było – czy pójdzie to w stronę hardkorowego absurdu czy letniego, familijnego klimatu? O ile pierwsza zajawka w postaci absolutnie fantastycznego klipu „Volcano Man” sugerował pierwszą opcję, tak oficjalny trailer nie pozostawił złudzeń, że będzie to jednak kinowy „letniak”.
… ale i tak jest znacznie lepiej niż można było się spodziewać! Przede wszystkim – kapitalną robotę zrobiło osadzenie historii w realiach islandzkich (skąd pochodzi para głównych bohaterów). Wiem że jest to maksymalna stereotypowa jazda, ale jako człowiek który kilka lat temu zakochał się w tym kraju uważam że cudownie uchwycili klimat. A jak ktoś mówi „co to za Islandczycy którzy mówią po angielsku” to powinien dać sobie spokój z oglądaniem filmów i przerzucić się na, nie wiem, Discovery Channel. Tym bardziej, że warto odnotować w obsadzie mnóstwo islandzkich aktorów (którzy owszem mówią po angielsku, ale – serio, nie ma co tego tłumaczyć). Klimat islandzki to jedno, ale moim zdaniem wybór kraju skandynawskiego jako miejsce narodzin historii to świetna decyzja – desperacja, z jaką bohaterowie dążą do uczestnictwa w Eurowizji i wyrwania się z dotychczasowego szarego życia przekonuje dzięki temu o wiele bardziej, niż gdyby chodziło o np. Włochów czy Francuzów. No i ten wątek islandzki ma jeszcze jedno ciekawe rozwinięcie – w najbardziej emocjonalnych momentach słychać muzykę… Sigur Ros. Tego akurat bym się najmniej spodziewał.
Druga rzecz to aspekt muzyczny, a konkretnie oddanie konkursowego klimatu Eurowizji. Być może samo „Polskie Gówno” było dalekie od wybitności, ale chyba każdy się zgodzi że najlepiej wypadło tam oddanie absurdu telewizyjnych konkursów muzycznych. I tu mamy dokładnie to samo, tylko jeszcze lepiej. Rzekłbym – „na pełnej Eurowizji”. A przy tym nie wyczuwam w tym szydery, wydaje się że twórcy podeszli do tematu ze zrozumieniem i empatią. Zresztą, gdyby było inaczej, nie mielibyśmy tu tylu cameosów ludzi związanych z Eurowizją – jak Graham Norton czy legendarna Conchita Wurst (tak, ten od „baby z brodą”). I być może najważniejsze – ta muzyka naprawdę się broni! O „Volcano Man” wspomniałem, ale na przeciwległym biegunie mamy „Husavik”, nawiązujący do najlepszych, pompatycznych tradycji eurowizyjnych. Jestem pewien, że gdyby ten utwór startowa w prawdziwym konkursie to miałby spore szanse na wygraną. Niestety, mój ulubiony muzyczny fragment filmu – wykon 21st Century Viking’a nawet się nie załapał na oficjalny soundtrack. Skandal.
Oczywiście film ma swoje wady. Rachel McAdams jest cudną aktorką, ale trudno uwierzyć że może ją łączyć z postacią Ferrella coś więcej niż przyjaźń. A rzekomo kocha się w nim od dziecka. Skłamałbym też mówiąc, że którykolwiek fragment filmu wywołał we mnie jakieś większe pokłady śmiechu, co akurat w przypadku komedii jest trudniej wybaczyć. Mimo to ogląda się to naprawdę świetnie i jeśli szukacie filmowej opcji na jedną z pierwszych randek (no bo wiadomo, że nie wyskoczycie od razu z „Piłą”) z kimś kto też kocha muzykę, to „Fire Saga” jawi się naprawdę spoko wyborem.
najlepszy moment: 21st Century Viking – idealne, choć krótkie, ujęcie paradoksów nie tylko Eurowizji, ale i całej współczesnej muzyki
ocena: 8/10
