rageman.pl
Muzyka

Showbread – Cancer

rok wydania: 2012

wydawca: Come&Live!

pobierz album

 

Czas odpocząć na chwilę od rapsów.

Zespół Showbread, którego album z 2010 „Who Can Know It?” omawialiśmy niemal równo rok temu, kilka miesięcy temu wypuścił nowy album. Ponownie przy wykorzystaniu cudnego wynalazku crowd-sourcingu i ponownie z internetową, całkowicie darmową dystrybucją.

Tyle jeśli chodzi o okoliczności powstania „Cancer”. Czy w samej muzyce Showbread coś się zmieniło? Generalnie – nie. To wciąż ciężki rock (choć oczywiście znacznie lżejszy aniżeli metalcore’owe początki zespołu) poruszający się w ramach stylistycznych kreślonych wspólnie przez takie gatunki jak emo, screamo, punk rock i napędzany fortepianem rock alternatywny, choć mają tu miejsce sporadyczne odstępstwa od tej reguły (np. momentami słychać odpryski ska, jak w „Germ Cell Tumor”, jak na mój gust niespecjalnie potrzebne). A jednak jest lepiej niż na poprzedniku. Być może to kwestia zmiany proporcji, przesunięcie ciężaru poza obszary Coldplay’owe. Poprzedni album przygniatał zawartym niemal w każdym dźwięku (niezależnie od ich gatunkowej prowieniencji) smutkiem, czy właściwie rozpaczą, ale też w wielu momentach padał ofiarą demona pretensjonalności – paradoksalnie chyba największa bolączka grania z chrześcijańskim przekazem. Ten przekaz oczywiście jest dalej obecny. Ubrany w ciuszki konceptualności sprawia wrażenie znacznie bardziej atrakcyjnego, a zapożyczona od The Beatles’owego Sierżanta Pieprza idea stworzenia albumu pomyślanego jako fikcyjne dzieło Showbread’owego alter ego (którego historię poznajemy w dołączonym do albumu PDF’ie – lektura naprawdę warta polecenia) pozwoliła także na dotychczas raczej nieobecny u nich dystans do siebie. Na ten przykład „You Were Born In A Prison” – przecież ta mechaniczna motoryka, ten rozkrzyczany, miejscami przepuszczony przez efekty wokal z obłąkanymi niby-chórkami w tle to niemal Marilyn Manson jakiś. Tuż obok brzmieniowo umiejscowiony jest najlepszy na płycie „Sex With Strangers” – choć w pewnym momencie pojawia się „normalny”, śpiewany wokal. Warto docenić w tym momencie wszechstronność wokalisty, nawet jeśli osobiście zdecydowanie wolę go w wersji rozwydrzonej. A jest jeszcze „Planet Cancer”, którego początek to najprawdziwszy hardcore (w sensie – taki gatunek muzyczny, jakby kto nie kojarzył). Gdybym chciał trzymać fason cynika i ignoranta nieczułego na rockowe EMOcje (zwłaszcza jeśli podszyte religijnym przekazem) to powiedziałbym, że przy dwóch ostatnich numerach, a zwłaszcza 10-minutowym kolosie „You Will Die In Prison”, całe wcześniejszy pozytywny odbiór płyty szlag trafia. Ale obiektywnie i tym numerom nie można zarzucić wszechstronności i ambicji.

Mojej wiary – czy to w Boga czy w Rocka – ten album nie wzmocnił. Ale mi możecie uwierzyć na słowo – kilka momentów wypada tu naprawdę wybornie. Warto docenić wyższą oceną niż poprzednio.

 

najlepszy moment: SEX WITH STRANGERS

ocena: 7,5/10

Leave a Reply