rageman.pl
Muzyka

Sepultura – Morbid Visions / Bestial Devastation

rok wydania: 1985/1986 (reedycja: 1997)

wydawca: Roadrunner

 

zmieniamy totalnie klimat. czas na metal, hiehiehie \m/

o Sepulturze wlasciwie poza relacja z Metalmanii nic nie bylo na tym blogu. nieslusznie. bo to zespol ktory za sprawa „Chaos AD” wyladowal w scislej czolowce tego gatunku, a „Roots”ami to wzniosl go nawet na wyzszy level. i zostawmy sobie dysputy pt „czy Sepultura bez Maxa to wciaz Sepultura” na inne okolicznosci, ok? tutaj bedzie o Sepie najslynniejszej, z Maxem na pokladzie.

w przeciwienstwie do tego, co wczoraj popelnilismy z RHCP, zajmijmy sie dla odmiany mniej oczywistymi pozycjami w dyskografii brazylijskiego kolektywu. zacznijmy historie od poczatku. w ’97 Roadrunner wydal reedycje wszystkich plyt Sepultury, a debiutancka EPke „Bestial Devastation” upchnal na jednym krazku z pierwszym longiem „Morbid Visions”. omowimy wiec te wydawnictwa za jednym zamachem, tym bardziej ze niespecjalnie sie od siebie roznia.

coz, muzykanci, czy to solowi czy grajacy w zespole, dziela sie generalnie na dwa zbiory. na tych, ktorych szczyt mozliwosci tworczych przypada na debiut i pozniej probuja juz tylko dorownac mu poziomem, oraz tych, ktorzy do pelni formy dochodza latami, z kazda kolejna plyta. Sepultura nalezy zdecydowanie do tych drugich, choc sa maniacy twierdzacy inaczej. no ale powaznie-  jak mozna jarac sie tymi pierwszymi nagraniami? juz pal licho, ze brzmienie plaskie jak biust czarownicy, a diaboliczna estetyka i liryczna strona calosci godna pryszczatego nastoletniego no-life’a (zreszta, w tym okresie czlonkowie Sepy byli de facto w wieku nastoletnim). ale muzycznie to jest bieda. znow wyjdzie na to, ze po kiego grzyba pisze o muzyce, ktorej nie rozumiem. rzeczywiscie, nie do konca rozumiem death metal. ale nawet niespecjalnie siedzac w tym gatunku jestem w stanie wskazac plyty milion razy lepsze, bardziej mnie, w swoj hehe szatanski sposob krecace. zreszta, koniecznym warunkiem by death metal robil spustoszenie, jest miazdzace brzmienie. a tego tutaj nie ma. jest napierdalansko na oslep, pokraczna trawestacja stylu Slayera (zreszta przez to Kerry King i spolka dlugo mieli wonty do braci Cavalerow).

brak pomyslu na bardziej zapadajace w pamiec piosenki mozna jeszcze wybaczyc i bardziej skupic sie na klimacie calosci (chociaz no bez przesady), ale gorzej ze pod wzgledem wykonawczym to tez jest niespecjalnie fajnie. lubie wokal Maxa Cavalery, jego darcie mordy akceptuje bez wiekszych zastrzezen, ale jechanie na tym samym patencie wokalnym przez cale 50 minut moze zmeczyc. gitarowo tez nie ma na czym zaczepic ucha – Jairo Guedes raczej nie dostarcza powodow, by zalowac jego wymiany na Andreasa Kissera plyte pozniej. ale to jeszcze nic przy tym, co wyprawia Igor Cavalera na perkusji. okej, jak na 15latka imponuje szybkoscia. ale co z tego, kiedy np co rusz wyklada sie na utrzymaniu tempa („Morbid Viisions”, chociazby). przymykanie oczu nic nie daje, jak dzwieki az kalecza uszy. a nic nie widziec i nic nie slyszec to juz raczej niedobrze.

co ciekawe, wiecej pomyslow, jesli juz takie wyhaczymy, znajduja sie na debiutanckiej EPce. pomijam intro „The Curse” z niby przerazajacym zulerskim glosem. ale np taki „Necromancer” otwiera calkiem fajny, grooviasty riff. a w „Antichrist” zwraca uwage fajny, wwiercajacy sie w banie mostek. na marginesie dodajac – oba utwory dostajemy w reedycji w nowych wersjach: pierwszy w wersji demo, drugi live (tu jako „Anticop”). jesli zas chodzi o numery z „Morbida” – rzeczywiscie wyroznia sie jakos „Troops Of Doom” za sprawa walcowatego tempa. ale zeby od razu jakis wielki klasyk? no nie baudzo…

dla historykow chcacych poznac korzenie jednej z najwazniejszych metalowych kapel – wydawnictwo niezbedne do kolekcji. ale ci kolesie robili pozniej tak zajebiscie znacznie lepsze rzeczy, ze nie ma co sobie bardziej zawracac glowy.

 

najlepszy moment: ANTICHRIST

ocena: 6/10

 

Leave a Reply