rageman.pl
Muzyka

Screaming Trees – Dust

rok wydania: 1996

wydawca: Epic

 

zostajemy w pieknych latach 90tych.

dowodzona przez Marka Lanegana kapela jest, wraz z Mudhoney czy Tad, uwazana za ojcow chrzestnych nurtu grunge. i podobnie jak tamte kapele, nie miala tyle szczescia (liczonego w sprzedanych egzemplarzach plyt) co mlodsi koledzy po fachu pokroju Pearl Jam czy Alice In Chains. choc niby szlo ku coraz lepszemu. omawiany dzis „Dust” to trzeci album dla majorsa i zarazem najwyzej notowany album ST na listach sprzedazy. a co najwazniejsze jednak dla nas, milosnikow Muzyki – artystycznie takze jedna z najlepszych ich plyt. jesli nie najlepsza.

jesli AIC czy Soundgarden reprezentowaly heavy metalowy odlam sceny Seattle, a Nirvana – punkowy, tak ST z „Dust” umiescilbym gdzies w okolicach Pearl Jamowego zamilowania do klasycznego rocka. z ta roznica, ze zamiast hard rocka mowimy tu o bluesrocku, pink floydowej psychodelii, a moze nawet i hippisowskich klimatach. akustyczna gitara wystepujaca na rownych prawach co jej elektryczny odpowiednik, przestrzenne aranzacje wykorzystujace takie wynalazki jak melotron czy sitar, poczynajaca plemienne cuda perkusja (Barret Martin kuma klimat, oj kuma – check chocby slynny poboczny projekt Mad Season). a nad tym wszystkim – zawsze wyluzowany wokal Lanegana. pod wzgledem „technicznym” plyta typu palce lizac.

to co jednak najbardziej podoba mi sie w tej plycie to jej zawartosc merytoryczna. gdybym mial jednym slowem opisac melodie z tej plyty, okreslilbym je mianem „nienarzucajacych sie”. zadnego stawiania kawy na lawy, hookow na ktore sluchacz daje sie zlowic za pierwszym razem. do tej plyty trzeba sie przyzwyczajac stopniowo, dawkowac co jakis czas (koniecznie w calosci jednakze!).

tym bardziej, ze cholernie wyrownany jakosciowo jest ten material. niemniej swego absolutnego faworyta mam. na imie mu „Witness”, ukryl sie pod indeksem namba 7. najkrotszy i najzwiezlejszy na albumie, chyba takze z najwiekszym stricte rockowym pieprznieciem. a jednoczesnie z rozkladajacym wykonem wokalnym w refrenie. na podium znalezli sie takze:

na miejscu drugim: „Sworn and broken”. silnie akustyczna aranzacja. cudne skrzypeczki. popowa niemal melodia. a przede wszystkim rozbrajajaca partia organow, bedaca niedalekim krewnym tej z „In My Life” The Beatles. efekt – patrzcie i sie uczcie, jak mozna zrobic poprock, totalnie wyjalowiony z pejoratywnego nacechowania tego terminu. to do was, nieudacznicy z matchbox 20 czy innego feela.

miejsce trzecie: „Gospel plow”. to wlasciwie interpretacja folkowego evergreena. tyle ze sedno kawalka ma wiecej wspolnego z Bliskim Wschodem niz Stanami Zjednoczonymi sprzed lat. a wstep i outro natretnie kojarzy mi sie z „Long Gone Day” wspomnianego Mad Season (kawalek, w ktorym zreszta Lanegan wystapil).

odnotujmy jeszcze w ramach ciekawostek solowke Mike’a McCready z Pearl Jam w „Dying Days” oraz wokalny udzial Chrisa Gossa, z ktorym Lanegan bedzie sie czesto spotykal w studiu nagraniowym w ramach wspolpracy z Queens Of The Stone Age.

wlasnie – w sumie fajnie, ze Lanegan naprawde interesujaco rozwija swa kariere solowa i nawet nie zblizyl sie do opcji permanentnej wtopy, jaka sa np post-soundgardenowe poczynania jego bylego lidera. z drugiej strony – sluchajac „Dust” zal straszny, ze po nim juz Drzewka wiecej nie wydaly glosu.

(i tak jeszcze btw – RIP dla Brittany Murphy. chocby za swietna role w „Sin City”. no i fajna laska byla w sumie)

 

najlepszy moment: WITNESS

ocena: 8/10

Leave a Reply