Scorn
kto: Scorn
Każdy grosik. Każda złotóweczka. Odkładane, czasem wyżebrane. Zaoszczędzone w wyniku rezygnacji z alkoholu. Byleby mieć na koncerty. Dla niektórych to zwykła rozrywka. A dla mnie jak narkotyk. Niezbędne do życia. Zwłaszcza Takie koncerty.
O 20:30 zniecierpliwieni wchodzimy do sali. Okazuje się, że Scorn już zaczął grać. Trochę szkoda, że nie poczekali na mnie, no ale cóż. Szkoda też, że w sumie dużo ludzi dało się tak nabrać, bo w mniejszej sali nie było nic słychać z tego, co działo się w głównej. Pozostaje wierzyć, że za dużo koncertu nas nie ominęło.
Koncert. Za duże słowo. Set. Wielka konsoleta, za którą stoi wielki Mick Harris i jego pomocnik. Oni i ich kolekcja laptopów i elektronicznych gadżetów.
Metalowe głowy znają Harrisa głównie z Napalm Death. Ale już od wielu lat Harris udowadnia, że jest ponad ciężkim gitarowym rzępoleniem. Człowiek orkiestra — nagrywki z jazzmanami, Johnem Zornem, DJ Spookym. Dyskografia licząca około 200 pozycji. Człowiek Instytucja. Wręcz wypada go zobaczyć. Ostatecznie w tamtym roku nie wystąpił z Painkillerem w Warszawie. Rekompensatą za czekanie na jego wizytę jest fakt, że przyjeżdża na całą trasę, która obejmuje Gdańsk. Co za miły chłopak.
Choć ci, co lubią Painkillera nie za Harrisa, a za samą muzykę, mogli się srogo zawieść. Nie mówiąc już o tych, którzy liczyli na jakiś erzac Napalm Deatha. Więc kto mógł być zadowolony z tego koncertu? Na pewno ci, dla których dźwięki generowane przez takie jednostki jak arh+ czy aleph to muzyka, a nie zlepek dziwnych, męczących uszy dźwięków. Choć też bez przesady, bo było to na pewno bardziej przyswajalne niż dźwięki wspomnianych kolegów.
Kto jeszcze? Duża grupa ludzi, którzy lubią po prostu — generalnie rzecz ujmując — dźwięki klimatyczne. W tym przypadku wszystkie cechowało to, że można je było określić jednym epitetem: niepokojące. Z różnym nasileniem, w różnych odcieniach. Inne mądre słówka: klaustrofobiczne, lekko przerażające, mroczne. Dla fanów dźwięków spod znaku dzieci-kwiaty i Groove Coverage nie do przełknięcia. Ale z tego, co zaobserwowałem, takich raczej nie było.
A swoją drogą reakcja publiki na takie dźwięki była dosyć różnorodna. Od skupienia w zastygłej pozie, przez paralityczne ruchy, na najzwyklejszym tańcu kończąc. Choć tych pierwszych było zdecydowanie najwięcej. Co poniektórzy, z tego co wywąchałem, musieli posiłkować się dodatkowymi dopalaczami typu Mary Jane, ale myślę, że większość już samą muzyką była striggerowana. Nie wyobrażam sobie siebie spalonego i jeszcze pogłębiającego paranoję taką muzyką i wizualizacjami…
No właśnie, wizualizacje. Ścinki obrazów, z często powtarzającymi się motywami. Detaliczne ujęcia. No i jeszcze ta czarno-biała koncepcja obrazu… Tak, pasowało to do muzyki.
Co tu dużo mówić — magiczny wieczór. Magia, której doświadcza się tylko w obcowaniu z wielkimi Artystami. I nawet jeśli dla kogoś granie na tak nietradycyjnych instrumentach (?) jak macintoshowy laptop i konsoleta nie świadczy o byciu Artystą, to spieszę donieść, że takie rzeczy też trzeba umieć obsługiwać. Zwłaszcza jeśli improwizujemy.
Zresztą akurat Harris już tyle razy pokazywał, że jest Wielkim Twórcą, że teraz już nic nie musiał. Po prostu zagrał przyzwoity koncert, za który został nagrodzony obfitymi oklaskami, wyskoczył zrobić sobie fotkę m.in. z Mrożonem (przez co się okazało, że Harris to kurdupel jakich mało) i czmychnął na dalsze koncerty.
I nawet jeśli wierzycie bardziej MTV i „Teraz Rockowi” niż marnemu autorowi relacji na bloga, to jedno powiedzieć Wam muszę — to było jedno z wydarzeń roku.
najlepszy moment: CAŁOŚĆ
ocena: 7/10

