Rollins Band – The End Of Silence
rok wydania: 1992
wydawca: Imago
kontynuujemy watek Zajebistych Postaci Muzycznych. Bossow po prostu.
Henry Rollins. jedna z najcharyzmatyczniejszych postaci, jakie wydala na swiat scnea hc/ punk. a byc moze muzyka gitarowa w ogole. jesli sa w swiecie ciezkiej muzyki (a moze po prostu Muzyki?) osoby, ktore moznaby stawiac mlodziezy za wzor, to wsrod nich na pewno musi znalezc sie Heniek. totalna dyscyplina, w ktorej zawieraja sie m.in. totalna abstynencja alkoholowa i narkotykowa oraz dbanie o tezyzne fizyczna pozwalaja mu zachowac umysl ostry jak zyleta i blyskotliwy jak najbardziej oczojebna blyskotka. dzieki czemu koles poza tworzeniem muzyki moze zjamowac sie takimi blahostkami jak prowadzenie wytworni, wlasna audycja radiowa, pogadanki na uczelniach, kampanie na rzecz LGBT, regularne i osobiste wspieranie na duchu zolnierzy w iraku i afganistanie, wlasne tv show, pisanie ksiazek, produkcja muzyczna, dubbing filmowy i wystepowanie w filmach. chlopak raczej nie wie, co to znaczy nudzic sie.
jakos przy tej wszechobecnosci na polach wszelakich Henka zapomina sie ciut o jego dokonaniach muzycznych. stety badz nie, zazwyczaj pierwsze co przychodzi na mysl w kontekscie henka-muzyka, to jego posada wokalisty klasycznego Black Flag. dyskredytowac tu bandu nie bedziemy, bo bym musial sam siebie ukarac za taki czyn. ale warto miec w pamieci nieistniejacy juz niestety kolektyw muzyczny, ktory Rollins opatrzyl wlasnym nazwiskiem i byl jego niekwestionowanym liderem. nawet jesli zaden ich album pozycja obowiazkowa nazwac sie nie da. choc dzisiaj omawianemu albumowi jest do tego najblizej.
nie wiem czy wole Koniec Ciszy od „Weight”, o ktorym sobie tez na dniach pomowimy. na pewno fakt, ze oba albumy dzieli odstep dwoch lat moze swiadczyc o tym, ze na poczatku lat 90tych byl u szczytu formy. zreszta, kto wtedy nie byl? Rollins Band nie wymienia sie wsrod najwazniejszych kapel tego okresu, ale oni tez dolozyli cegielke na budowe potego Alternatywnego Rocka.
choc korzenie mieli zgola inne. Henry jest hardkorem. ale najprawdziwszym z prawdziwych. takim, ktore teksty ktore moga zmienic twoje zycie. takim, ktory stawia na zywiol, energie, przybierajaca najsluszniejsza forme w prezentacji scenicznej. zywiol, ktory pozwala calkowicie wybaczyc bra w sumie wiekszych hookow i melodii (tak jakby Henkowi na takich bzdurach zalezalo, pffff).
jesli jednak jakis rozentuzjazmowany milosnik hatebreeda czy agnostic front, nieswiadom istnienia Rollinsa, siegnie po „The End Of Silence” moze sie rozczarowac. bo po pierwsze – na singalongi nie ma co liczyc. wokalnie ten album to teatr jednego, wiadomego aktora. sa tacy, ktorzy nie moga zniesc rollinsa-spiewaka. okej, wielkim wokalista, w klasycznym tego slowa rozumieniu, nie jest. ale nie przeszkadza mi to. jego darcie ryja, ktore nie sposob z kimkolwiek pomylic , w zupelnosci mi to wynagradza. chociaz zdaje sobie sprawe, ze dla ludzi wiekszym problemem jest rollinsowa gadanina. czego tym bardziej nie rozumiem, zwlaszcza jak ktos mowi o braku emocji w tym. przeciez te monologi kipia od emocji, w tych momentach sila Rollins Band! facet nawet czytajac ksiazke telefoniczna zrobilby to w taki sposob, ze nie pozostalbys obojetny. a dochodzi jeszcze fakt, ze te monologowe fragmenty idealnie dynamizuja kompozycje.
no, i tu musimy przejsc do drugiego, rozczarowujacego fana hatebreeda aspektu jestestwa Rollins Band. czyli muzyka. zaden metalcore, nyhc. predzej mysl fugazi, dischord records, moze nawet sonic youth. czyli potezna wyobraznia i halas swidrujacy uszy. doloz kolesia zapatrzonego w hendrixa i sekcje wiedzaco co to groove w muzyce. jesli juz metal, to ten w najszlachetniejszej, black sabbathowej odmianie („Blues Jam”). chociaz… na wysokosci 3 minuty wchodzi tak silnie kojarzaca sie z Toolem gitarka, ze na nich tez mozna sie polowac. zwlaszcza druga czesc albumu, z piosenkami w dlugosci dochodzacych do 11 minut, moze zaintrygowac fanow „Aenimy” na przyklad. „Undertow” tez, choc fani tej pozycji akurat nazwisko Rollinsa musza kojarzyc.
ja obecnie jestem na etape takiego zapatrzenia w melodie, ze juz nie padam tak na kolana przed dokonaniami Rollinsa. ale no nizszej oceny dla tej plyty na pewno byc nie moze.
najlepszy moment: LOW SELF OPINION
ocena: 7,5/10