rageman.pl
Muzyka

Led Zeppelin – The Song Remains The Same

rok wydania: 1976 (reedycja: 2000)

reżyseria: Peter Clifton, Joe Massot

 

Albo staję się rockowym dziadem, albo naprawdę muzyka sprzed paru dekad była najlepsza.

Anyway, dziś o filmie-klasyku. Chociaż w sumie wciąż są wątpliwości, na ile na ten kult wpłynął fakt, że przez długi czas (a konkretnie do 2003 i premiery „Led Zeppelin DVD”) była to jedyna wizualna rejestracja występu Led Zep, a na ile jego rzeczywista wartość.

Film jest, nie ma co ukrywać, dość specyficzny. Właśnie – film. Bo obok obrazków stricte koncertowych oglądamy tu wstawki fabularne. I jest tu całkiem ich sporo, może nawet w przeważającej ilości. Aha, my tu mówimy o FABULArnych wstawkach, w pełnym tego słowa znaczeniu. Czyli żadne tradycyjne klipy z bakstejdżu, jakie widać na każdej niemal koncertówce, a sytuacje powstałe według konkretnego scenariusza. Np. taki początek – menago Led Zep, Peter Grant, przebrany za mafioza wkracza z kompanem na jakieś biznesowe spotkanie i urozmaica je serią z karabinu. Jednemu typowi odpada głowa, a z miejsca na którym się niedawno znajdowała (zwane popularnie „szyją”) zaczyna tryskać niczym fontanna krew kolorów przeróżnych. Chwilę później widzimy John Paula Jonesa czytającego bajki swym dzieciom i dostający telegram o tym, by stawić się następnego dnia w Madison Square Garden. Robert Plant w otoczeniu ewokującym okładkę „Houses Of The Holy” dostaje od posłańca podobną wiadomość. Tak jak i pozostali. Cięcie. Widzimy następnie obrazki już bardziej typowe, czyli zespół wysiadający z samolotu, jadący samochodem na miejsce koncertu, wkraczający na scenę. Zaczyna się show.

I jeśli już w tych pierwszych minutach widz zaczyna rozkminiać, jakie dragi zainspirowały te sceny, tak po ogarnięciu całego filmu nie pozostanie mu nic innego, jak zaczerpnąć wiedzy u najbliższego dilera (lub ojca pamiętającego tamte czasy) – o ile ktoś nie jest wyczulony na kicz i pretensjonalność takich ćpuńskich wizji. Dla tych nieobeznanych z dziełem – swoistym clue całości są cztery wstawki fabularne, w jakiś sposób reprezentatywne dla każdego z muzyków i z nimi występującymi w rolach głównych. I tak np. podczas klawiszowego sola w „No Quarter” (dobór piosenek nieprzypadkowy) zakapturzony John Paul Jones, z dziwaczną maską na facjacie, wraca do domu. Page podczas „Dazed And Confused” wspina się po klifie, by na samym szczycie spotkać mnicha, którym okazuje się być on sam, tyle że parę dekad starszy. Wszystkich przebił jednak Plant jako rycerz, który najpierw podczas odpoczynku pod drzewem podziwia zerwanego niedawno muchomora (ehehehehehe, serio?), potem konno szusa do zamku, gdzie walczy na miecze z jakimś jegomościem i wymienia spojrzenia z bliżej nieokreśloną pannicą. Dla odmiany John Bonham (podczas solówki w „Moby Dicku” oczywiście) w swej wizji gra w bilarda, obserwuje swego syna Jasona podczas gry na perce i pomyka bolidem.

Ktoś powie, że w swej wstawce Bonham potwierdził bycie prostym kolesiem, zupełnie niepasującym do mistycznej otoczki Led Zep. W moim zaś odczuciu facetowi udało się uniknąć pretensjonalności i nadęcia, jakie stały się udziałem jego kolegów. OK, coś za coś. Skoro dzięki mniejszemu bądź większemu wpływowi dragów możemy słuchać wszystkich naszych ulubionych płyt tego kwartetu (no chyba nie uważacie, ze jest inaczej?), to musimy też zaakceptować fakt, że na haju mogą się przytrafić pomysły mniej udane, a nawet przegięte. Ale no naprawdę, ciężko nie powstrzymać fali beki widząc jak Plant modli się do wbitego w ziemię miecza.

Inna sprawa, że te impresje wizualno-dźwiękowe na pewno miały w jakimś stopniu wpływ na rozwój wideoklipu. To raz. Dwa… cholera, ma to jakiś perwersyjny urok. Zwłaszcza, jeśli koresponduje to z równie niebanalnym potraktowaniem obrazków stricte koncertowych. Pełno tu montażowych zabaw, jakiegoś dzielenia ekranu (finał „Stairway To Heaven” to pod tym względem Kosmos) itp itd. No i, last but not least, rzecz najważniejsza –  Muzyka ci wszystko wybaczy. A tutaj to już krytyki być nie może. Będzie bite, jak ktoś z takową wyskoczy. Niech zresztą fakty przemówią same:

a) repertuar: m.in. „Black Dog”, „Whole Lotta Love”, „No Quarter”, „Dazed And Confused”, „Since I’ve Been Loving You”, „Heartbreaker”

b) grają: John Bonham, Robert Plant, John Paul Jones, Jimmy Page

c) wszyscy panowie wymienieni w punkcie b) perfekcyjnie się rozumieją, są bossami w swoich kategoriach, dbają by wersje koncertowe piosenek różniły się od studyjnych

Aha, jeśli pozwolicie, muszę wspomnieć o pewnej kwestii. Otóż mój Ojciec, będący total weirdo na punkcie Led Zep i dysponujący taką wiedzą o Muzyce, że moja jest o-tak-zajebiście-mała, mówi, że przy całej sympatii dla zespołu, nigdy nie postawiłby Page’a w jednym rzędzie obok Hendrixa czy Claptona. Bo Page nie umiał improwizować, uczył się solówek na pamięć i takie tam. Być może, nie zaglądałem mu do sali prób. Ale co z tego? Co z tego, skoro jest jednym z najbardziej pomysłowych gitarzystów jakie nosiła nasza planeta, zarówno jeśli chodzi o konstrukcje riffów jak i ich, hm, wykorzystanie (nie mówiąc już o samej produkcji muzycznej, bo to już w ogóle HELOU)? Ogarnijcie „Dazed And Confused”, zabawy ze smyczkiem czy thereminem. Haloooo. Poza tym w mojej ocenie muzyków spore spore znaczenie ma ich działalność na polu kompozytorskim. A tutaj to już nie ma przebacz – gdzie Page, a gdzie Clapton, którego przeważający procent twórczości prowokuje do solidnego cięcia komara? Wybacz Tato.

Okej, podsumowań czas. Krótka piłka – trzeba (po)znać, choć nie za wszelką cenę. Bo wartość historyczna, nietypowe potraktowanie tematu rejestracji koncertu – to jedno. Ale jeśli chodzi o samą zawartość muzyczną, to o lepiej wypada „Led Zeppelin DVD”, gdzie mamy dwa dyski z czterema koncertami z różnych okresów działalności zespołu. Też nieźle zarejestrowanych zresztą. Dochodzi także aspekt jakości dźwięku, który na „The Song…” jest co najmniej słaby. Niby lepiej wypada wydanie filmu z 2007 roku, ale jeśli wpadnie mi ono w ręce to nie omieszkam porównać na blogu. A na razie –

 

najlepszy moment: NO QUARTER

ocena: 8,5/10

Leave a Reply