rageman.pl
Muzyka

Robert M – One Love

rok wydania: 2011

wydawca: My Music

pobierz album

 

Nie było wcześniej okazji, więc zgodnie z zasadą wyznawaną przez mojego ulubionego światowego gitarzystę – Zbyszka Hołdysa – „nie znam się, to się wypowiem” wyrażę swą opinię i ja: ACTA to gówno. Koniec, kropka, nie ma takiego dyskutowania, do widzenia. Możemy polemizować co najwyżej, czy jest to gówno mniejsze czy większe. Ale nikt trzeźwo myślący nie uzna, że ACTA przyniosłoby więcej korzyści (bo takich nie wykluczam) niż strat. Bo sprawa jest poważniejsza niż to, czy na demotywatorach będzie można przerabiać obrazki czy nie, jako że nie chodzi tylko o kwestie związane ze światem rozrywki. Ale na blogu zajmujemy się niemal wyłącznie nim, więc na nim się skupmy. Co jest paradoksem, to wbrew założeniu, że ACTA miałoby chronić prawa artystów, ci wcale tak entuzjastycznie do tematu nie podeszli. Więcej – spora ich część wyraziła swój zdecydowany sprzeciw, uznając (poniekąd słusznie imho), że poradzą sobie i bez takiej protekcji, a ACTA to zamach na tych, którzy ich żywią, czyli fanów. Zrozumiał to też i Robert M, w ramach swego sprzeciwu publikując w sieci za zupełną darmoszkę wydany zaledwie kilka miesięcy temu album „One Love”.

I za to należy się zdecydowany szacun, gdyby nie to, że z tym panem Robertem to dosyć kontrowersyjna sprawa jest. Z jednej strony – chłopak popełnił parę kozackich rzeczy. Jak podkład „W Aucie”, możliwe że najlepszy numer jaki kiedykolwiek wyszedł z Prosto. A także „Zodiak Na Melanżu” Monopolu, kawał solidnego grill-core’u, po którym zespół powinien się rozwiązać by nie brnąć dalej w temat i nie kompromitować się tak jak obecnie (plus dla ROberta że wiedział, kiedy uciec z tego tonącego statku). Poza tym gdzieś widziałem filmik, w którym propsował Radiohead i sprawiał wrażenia człowieka, który wie o czym mówi. Znaczy się – ma chłopak gust.

Ale też i widziałem inny filmik, w którym miał udowodnić hejterom twierdzącym, że sam nie pisze swoich kawałków, no i cóż – chyba ust za bardzo im nie pozamykał. Ponadto sporo chodzi po necie rzekomych dowodów na buractwo Roberta, który bluzga, wykłuca się o wodę do picia itepe itede. Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku, niemniej jedno jest pewne – chłopak najlepszego PR-u nie ma.

Jak żyć zatem? Cóż, niekoniecznie z „One Love”. Krótka piłka – jest to muzyka klubowa. Przeznaczona do tańca, a nie do kontemplacji. Jednak i w tej niewymagającej kategorii można rozróżnić rzeczy melodyjne od ultrachwytliwych, kawałki do tańca od parkietowych morderców. Do kawałków z „One Love” da się niestety „tylko” tańczyć, a dla mnie to ciut za mało. Leci sobie jeden kawałek za drugim, coś tam nabija rytm w podkładzie, szybciej lub jeszcze szybciej ktoś tam śpiewa (w każdym kawałku), raz żeńskim głosem, raz męskim, raz słodko, raz agresywnie, ale właściwie nic nie zostaje w pamięci. Poza może trzema-czterema fragmentami: „Heart Of One”, „Black Cherry” a przede wszystkim „Over & Over” (choć umówmy się, że rozpatrujemy to jednak w kategorii guilty pleasures). Tyle tylko, że te dwa ostatnie podpisane są jako 3R, czyli Robert M plus muzycy towarzyszący. Więc wątpliwości wciąż pozostają nierozwiane.

Polskiego Calvina Harrisa czy Davida Guetty zdecydowanie bym w Robercie (jeszcze?) nie upatrywał. Ba, gdybym miał mniej złote serce, to może potraktowałbym ten materiał brutalniej. Tyle że nie o to chodziło, by zyskać takiego zrytego fana jak ja. Miał Robert pokazać wrzuceniem tego albumu w sieć, że ma jaja. I to akurat mu się udało.

 

najlepszy moment: OVER & OVER

ocena: 6,5/10

Leave a Reply