Return To Forever – Returns: Live At Montreux 2008
wydawca: Eagle Vision
wprawdzie Chick Corea troche plyt wydanych pod wlasnym nazwiskiem naplodzil w swej dlugiej karierze, jednak przypuszczam ze swiat jazzu i tak jest mu najbardziej wdzieczny za zalozenie i dowodzenie zaloga Return To Forever. zespol, ktory przeciez istnial niedlugo, bo okolo 5 lat, a jednak jest wymieniany jako jeden z najistotniejszych projektow gatunku jazz-fusion, obok Weather Report czy plyty „Bitches Brew” (podczas sesji do tej ostatniej zreszta powstaly podwalyny pod przszly sklad osobowy RTF).
o potedze nazwy Return To Forever najlepiej zreszta swiadczy fakt, ze ich (drugi juz, ale jednak) reunion po 31 latach (!!!) pociagnal za soba trase wyprzedana na pniu. w tym na renomowanym, szwajcarskim Montreux Jazz Festival. a ze organizatorzy tego corocznego eventu maja wyjatkowa smykalke do rejestrowania i wydawania swych koncertow na dvd, tak tez i TAKI koncert nie mogl przejsc nieuwiecznionym.
sporo racji ma autor slow w booklecie, porownujac Return To Forever do Led Zeppelin. wprawdzie z kontekstu wynika, ze glownie ma na mysli graniczacy z histeria odzew wielbicieli na reunion (oczywiscie w przypadku RTF mowimy o znacznie mniejszej skali – adekwatnej do „wielkosci” swiata jazzu), ale pod ta analogie moznaby podciagnac pare innych rzeczy.
pierwsza przychodzaca na mysl – tzw aspekt supergrupy. przy czym termin ten w przypadku RTF ma racje bytu w kazdym aspekcie. zarowno jesli chodzi o to lineup zespolu, jak i jakosc muzyczna. innymy slowy – grupa, ktora gra super. ale o samej Muzyce za chwile.
zostanmy przy tym skladzie personalnym. wprawdzie RTF przechodzil liczne rekonfiguracje w tym zakresie, ale i u nich mozna wyszczegolnic tzw „klasyczny lineup”. on tez pokrywa sie w 100 procentach ze skladem, jaki widzimy na szwajcarskiej scenie. czyli poza Corea oczywiscie oraz drugim stalym elementem skladow RTF – basista Stanley Clarkiem, w reunionie brali udzial gitarzysta Al Di Meola oraz perkusista Lenny White. i tu dochodzimy do meritum sprawy – wszystkie te cztery nazwiska to MARKI w swiecie jazzu. dysponujace przebogata dyskografia oraz pierdyliardem nagrod i tytulow w adekwatnych kategoriach instrumentalnych. nie tylko kazdy wtajemniczony w swiat jazzu zna te nazwiska, wiecej – wcale nie musi je kojarzyc w pierwszej kolejnosci z nazwa Return To Forever! i tu panowie Corea i spolka maja przewage nad Zeppelinami. oczywiscie nikt nie kwestionuje tego, ze powrot Led Zep nalezal do udanych (raczej nie upatruje w tym braku odwagi przeciwstawienia sie ogolowi). przpuszczalnie sprzedali oni tyle plyt, ze mogliby i tak do konca zycia lezec i nic nie robic. a jednak trudno nie zauwazyc, ze byl ten reunion Page’owi i spolce potrzebny. by przypomniec, dlaczego ich nazwiska uchodza za legendarne (bo za sprawa solowych plyt tych panow mozna bylo o tym zapomniec), ale moze tez jednak nie do konca cos stykalo na kontach bankowych i potrzebny byl dodatkowy grosz.
przypadek RTF jest prosty jak drut – oni absolutnie nie musieli sie reaktywowac. nikt o zdrowych zmyslach nie zarzucilby im skoku na kase i fejm, nawet gdyby grali na darmowych Dniach Miasta w Starej Kiszewie. zreszta nawet jesli ktos absolutnie nie interesowal sie okolomuzycznym kontekstem, to ten brak przymusu do reunionu zwyczajnie widac na scenie. czterech sedziwych panow, ktorzy chceli znow razem pograc. tym wieksza chec mieli, iz w miedzyczasie wzbogacili sie o takie doswiadczenia i wzniesli swe umiejetnosci na taki poziom, ze przypuszczalnie do konca zycia mogliby miec wyrzuty sumienia, gdyby jeszcze raz razem nie staneli na scenie. widac zajawke wspolnym graniem, ale i szacunek. tu nie ma uklonu w strone gorzej prosperujacego zawodowo kolegi, dla ktorego robimy reunion. nikt tu nie czuje ze umiejetnosciami przewyzsza kolegow. kazdy zawodnik to scisla czolowka w swej kategorii.
sa tacy, ktorzy psiocza przy okazji reunionow wyrastajacych na scenie muzycznej jak grzyby po deszczu, ze to nie ma sensu, jesli nie pociaga to za soba jakichkolwiek nowych nagran, nie mowiac juz o regularnej dzialalnosci wydawniczej. a tymczasem prosze – RTF ani w glowie nowe kompozycje. nie tylko oparli set koncertowy o stare klasyki (m.in. „No Mystery”, ktore Corea proponowal nam 2 dni temu w wersji na piano i marimbe), ale nawet zrobili to sugerujac sie glosami fanow! „komercja jak nic”. tyle ze, o ile nie ma to nic wspolnego z kenny’m g., to terminy „jazz” i „komercja” zupelnie nie ida w parze. o tym, ze „odwalanie fuszerki” tez zupelnie tu nie pasuje, niech swiadczy umieszczona tutaj wersja „The Romantic Warrior”, wzbogacona parominutowymi solowkami Clarke’a i White’a (wczesniej rozbudowanymi popisami solowymi racza nas Al i Chick). umieszczone w dodatkach fragmenty koncertow ze stanow zjednoczonych pokazuje, ze ci muzycy to nie sa zadne grzeski skawinskie, ktore ucza sie swych solowek na pamiec. a tak swoja droga – jedyny zarzut jaki moglbym miec do warstwy wykonawczej to to, ze wole jednak Di Meole z gitara akustyczna, bo przy elektrycznej czesto ociera sie o „rockizm” pokroju malmsteema.
nieraz powtarzalem, ze najlepszy odbior jazzu to taki, ktory angazuje nie tylko uszy, ale i oczy. to dvd spelnia te zapotrzebowania w stu procentach.
najlepszy moment: NO MYSTERY
ocena: 8/10

