rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2022

Przeglądając stare rekapitulacje zauważyłem, że przeważnie zaczynam je od tłumaczenia (się), dlaczego je w ogóle robię. Więc w tym roku się nie tłumaczę, po prostu robię bo lubię, potrzebuję i przydaje mi się, trochę jako stare notatki, a trochę na zasadzie (widocznej dla wszystkich) kapsuły czasu. Jak jesteś tu nowy(a) i dalej się głowisz to możesz przeczytać co na ten temat pisałem rok temu. Przejdźmy do konkretów.

Jaki to był rok? Mocno sinusoidalny, bym rzekł. Smutny, a nawet przerażający w skali makro. Lepszy w skali mikro, acz gdybym jednak zaczął narzekać to mógłbym nie skończyć w jednym akapicie. Z drugiej strony patrząc chociażby na to, co dzieje się za wschodnią granicą, grzechem byłoby narzekać na jakieś tam osobiste aspekty. Przejdźmy do pierwszej kategorii i poznajmy nominowanych.

 

WYDARZENIE ROKU

 

 

 

 

 

 

Równie dobrze mogła by to być kategoria „kamień z serca roku”. Bo tak, chodziła mi ta Ameryka po głowie od lat. Jeśli nie jesteście na tym blogu pierwszy raz to zapewne zdążyliście się zorientować że generalnie lubię muzyczkę ( nawet jeśli nie piszę już o niej tak często jak kiedyś), lubię też film, seriale, komiksy, no ogólnie – spoko moich zainteresowań można sklasyfikować jako popkulturę. I jest to w głównej mierze popkultura amerykańska, nie ma co ukrywać. Dlatego marzyło mi się by w końcu zobaczyć, gdzie to wszystko powstawało, hartowało, inspirowało. W końcu stało się – aby było ciekawiej, w służbowych okolicznościach, tak więc nie miałem wyboru gdzie konkretnie w tej hameryce wyląduję. Maszyna losująca wybrała Los Angeles – i w sumie fajnie, bo mniej oczywisty kierunek niż taki Nowy Jork, na który zapewne bym się zdecydował w pierwszej kolejności. Zamiast nowojorskiego hardkoru i Woody Allena – g-funk i Hollywood.

No i teraz tak: czy czuję się spełniony? Zdecydowanie tak, chociaż przecież LA to nie całe Stany, nawet nie ćwierć. Czy warto było? Pewka. Czy poleciałbym jeszcze raz? Jeśli byłaby taka opcja to jacha… chociaż nie dałbym za to wszystkich swych pieniędzy. Bo właśnie – czy mogę polecić z czystym sumieniem jako opcja na wakacje? Tu zaczynają się schody. Parafrazując klasyka – to nie jest kraj dla turystów. To nie są Włochy czy Hiszpania, gdzie zachwycasz się architekturą, zabytkami, klimatem, a wieczory spędzasz na plaży/balkonie popijając wino i delektując się widokiem zachodzącego słońca. Momentami bardziej przypominało to walkę o przetrwanie jaką pamiętam z wyprawy doChin. A kiedy wieczorem wracałem do noclegowni, to w powietrzu czułem bryzę Nowego Portu lat 90-tych, kiedy to lepiej byłoby nie mieć przy sobie wartościowych rzeczy… a najlepiej w ogóle byłoby tam nie być. A mimo to jest w tym śmierdzącym, syfnym, dusznym Los Angeles coś perwersyjnie pociągającego. Czułem wzrusz widząc od środka te kluby o studenckim wajbie, w których zaczynali takie studenckie kapele jak The Doors, Van Halen czy też numetalowi pionierzy. Na moment znów stałem się dzieciakiem przebywając w studiu Warnera czy Paramount. No i last but not least, czyli (lekko stalkerowa, nie ukrywam) wizyta pod domem TEGO REŻYSERA (a zarazem miejsce gdzie kręcono „Lost Highway”), by przez chwilę popodziwiać tę samą pogodę którą za oknem widzi (i komentuje). A biorąc pod uwagę, że naprawdę niewiele brakowało a przez debilny błąd w ogóle bym się tam nie znalazł (ale to historia na osobny wpis), to jednak trudno mi nie być GRATEFUL niczym DJ Khaled za możliwość odhaczenia tylu pozycji z życiowego bucket list w ciągu tygodnia.

Honorable mention: a skoro mowa o europejskich, bardziej typowych wakacjach – na Malcie też było super, tym bardziej że w najwspanialszym towarzystwie. A jeśli chodzi o popkulturowe wydarzenia – wreszcie ruszyła z pełną parą branża koncertowa. I chociaż odwołano Ten Najważniejszy Koncert (o czym później) to i tak było nienajgorzej. Sentymentalno-grandżowe wzrusze na Bushu, w mniejszym stopniu (kilka półek niżej, poza tym 90s > 00s) na Three Days Grace. Rapsowy maraton na pierwszym dniu Orange Festival, z Nasem i Tyler The Creatorem w rolach głównych. Kapitalne show na Harrym Stylesie i znacznie mniej kapitalne, ale wciąż warte zobaczenia na Edzie Sheeranie. No i sympatyczne wieczory z młodzieżą – MO, Declan McKenna, Sofi Tukker, Wardruna.

 

ROZCZAROWANIE ROKU


 

 

 

 

 

 

 

Dość głupio określać wojnę mianem rozczarowania, ale nazwę kategorii stosuję w rekapitulacjach od lat, więc proszę o wyrozumiałość. Nawet ciężko dać tu jakiś mądrzejszy komentarz. Może chociażby taki, że dobija mnie to, jak naiwny byłem wierząc, że w drugiej dekadzie 21-ego wieku, na takim etapie rozwoju i technologicznego i społecznego, nie jest możliwa wojna, która na dodatek trwałaby więcej niż miesiąc. W sensie, przecież nie może być na to zgody, obywateli jednych i drugich, polityków, władców tego świata, wszyscy patrzą, no kaman. A jednak, za chwilę minie rok, końca wciąż nie widać, przyzwyczailiśmy się.

Honorable mention: czym są wyższe ceny wobec utraty dachu nad głową w wyniku bombardowania. Zawężając jednak na chwilę skalę – coś w człowieku umiera, kiedy widzi rosnącą co miesiąc ratę kredytu. Skoro mowa o umieraniu dosłownym – smutno się działo też w Twin Peaksowym uniwersum. Dość to naturalne, że rok po roku odchodzić będą aktorzy z serialu nakręconego dekady temu, a jednak w tym roku kostucha sprzedała wyjątkowo mocne ciosy fanom TP, z nokautem w postaci pożegnania Angelo Badalamentiego. Martwię się, że tuż po tym Lynch zaprzestał swoje codzienne cykle na YouTubie, które dla wielu (w tym niżej podpisanego) były jedną ze stałych podpór w konfrontacjach z Codziennością. A, no i odwołali przekładany od dwóch lat koncert RATM. Jednak nie wszystkie marzenia spełnię w tym życiu.

 

SERIAL ROKU

Przejdźmy do milszych tematów. Jeśli chodzi o tzw. mały ekran to był to rok jeszcze skromniejszy niż 2021. I to nie tylko z tego powodu, że mam coraz mniej czasu na ten rodzaj rozrywki. Cóż, wygląda na to że obserwujemy koniec złotej ery adult animation. Netflix, dotychczasowy lider w tej dziedzinie, odstrzeliwuje kolejne produkcje jedna po drugiej. Szczęśliwi ci showrunnerzy, którym dane jest zakończyć serial na ich warunkach. I trudno nie zauważyć, że jest to wiązanie sobie pętli na szyi – bo który widz zaangażuje się w nowe produkcje jeśli ma poczucie, że po jednym-dwóch sezonie i tak zostanie jak ten Himilsbach z angielskim, z cliffhangerem i poczuciem straconego czasu?

Anyway, przejdźmy po tym co się wydarzyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Kolejność dowolna.

„Archer” – rok temu komentując 12-ty sezon zastanawiałem się, czy jest coś jeszcze w stanie wyrwać ze stagnacji ten serial. Nie poskutkowało odejście twórcy i wieloletniego showrunnera Adama Reeda, człowiek w akcie desperacji żywił nadzieję że może chociaż śmierć Jessiki Walter, grającej jedną z głównych bohaterek, będzie jakimś wstrząsem dla tego projektu. Niestety, kolejny sezon na autopilocie. Jasne, nawet słaby sezon „Archera” to kolejna sposobność by pobyć w towarzystwie Sterlinga i spółki, co zawsze jest wartością dodaną. Ale kiedy człowiek sobie przypomni jakimi permanentnymi strzałami w sam środek tarczy były pierwsze sezony i ile odcinków-ślepaków trafia się teraz… Swoją drogą, nie zdziwię się jeśli w przyszłości będzie jeszcze mniej odcinków na sezon. Ktoś powie że to być może kwestia kosztów, ja jednak podejrzewam zwykłe lenistwo i brak pomysłów.

„Chicago Party Aunt” – pierwszy sezon powstał jeszcze w 2021 roku, ja obejrzałem dopiero w następnym, wraz z niedawno opublikowanym drugim sezonem. Cóż, być może gdybym zamiast w Los Angeles wylądował w Chicago to lepiej odebrałbym tę produkcję. Dla mnie to jest typowy średniak i jeśli Netflix zamiast np. w „Final Space” woli inwestować w takie produkcje, to ja się nie dziwie że ludzie im odpływają z platformy.

„Paradise PD” – może to efekt zaniżonej poprzeczki, ale w kontekście tak nijakich produkcji jak „Chicago Party Aunt” to „Paradise” jawi się tworem wybitnie oryginalnym. Inna sprawa, że ta oryginalność to efekt wyjątkowej obrzydliwości. Kiedy myślisz że większej skato- i patologii nie odwalą – oni to robią. Ktoś powie że to wszystko jednak bezbek i takie opinie jestem w stanie zrozumieć. Dla mnie to taki amerykański Walaszek i dobra opcja na wieczorne odmóżdżenie po robocie. I chyba jednak szkoda, że tutaj też Netflix odciął tlen – nigdy w tej produkcji nie chodziło o storytelling, ale ostatni odcinek nie wyglądał jakby miał w zamierzeniu sfinalizować tę historię.

„Bogdan Boner: Egzorcysta” – a skoro mowa o Bartoszu Walaszku – jestem pewien, że dogadałby się z chłopakami z AC/DC, a może nawet ze Slayera. Owszem, inny język, pewnie też inne poczucie humoru, ale trudno znaleźć bardziej konsekwentnego twórcę w Polsce. Jeśli widziałeś jeden sezon „Egzorcysty” (np. najnowszy)to tak jakbyś widział wszystkie.

„Korporacja Konspiracja” – drugi sezon nie przyniósł jakiejś większej zmiany jakościowej w stosunku do pierwszego, ale muszę przyznać, że zacząłem odczuwać nawet lekką sympatię do tych bohaterów. Niestety już nie dowiemy się jak potoczą się ich losy. Pozdro Netflix.

„Big Mouth” – case trochę podobny do „Archera”. Niby fajnie, ale albo już przestał działać efekt świeżości, albo już zaczął się kurczyć worek z pomysłami. I nie wiem, czy nie lepiej byłoby zrobić ładne pożegnanie dla Nicka i Andrew i skupić się na spin-offie który zadebiutował w marcu, czyli „Human Resources”. Więcej Maury’ego i innych Potworów? Dawaj mnie to.

„Rozczarowani” – będę bronił tego serialu. Powiem nawet więcej – ostatni sezon, z tymi doppelgangerami i zminimalizowanym humorem, jawi mi się skrzyżowaniem „Simpsonów’ (oczywiście głównie ze względu na charakterystyczną kreskę) i… „Twin Peaks: The Return”. Niemniej jednak jeśli całość ma się zakończyć tak jak ostatni odcinek (a wszystko na to wskazuje) to cóż, jestem ciut… tak, rozczarowany.

„Q-Force” – UWAGA, PROMOCJA LGBT, DWA W CENIE JEDNEGO. A tak serio – jako zdecydowany lewak nie mam problemu z takimi produkcjami jak „Q-Force”. Mam problem z tym, że aspekt LGBT to ich w sumie jedyny walor. Chyba już bardziej wolałem „Superdrags” – było to przegięte na maxa, ale przez to intrygowało. Tu mamy LGBT w wersji LGHT (przepraszam, nie mogłem sobie odmówić tego suchara).

Kapituła niespecjalnie ma kogo wyróżnić, ale już musi to zrobić to niech to będzie.

„Saturday Morning All Star Hits!” – pierwszy i prawdopodobnie ostatni sezon. Mam wrażenie, że dosłownie nikt tej produkcji nie zauważył. A szkoda, bo fani retro klimatów (jak niżej podpisany) powinni mieć przy tym sporo uciechy. Całość utrzymana w ejtisowo-VHSowej konwencji – blok animacji jednocześnie i parodiujący i składający hołd produkcjom lecących do śniadania w amerykańskich domach dekady temu, przeplatany reklamami żywcem wyjętymi z 80sów. Pewnie nie dałoby się ciągnąć tego sezonami, ale jako eksperyment całkiem pyszne.

FILM ROKU

Jedną z fajniejszych eskapad jakie poczyniliśmy w zeszłym roku z moją Moniką była wizyta na Nowych Horyzontach. Nie przesadzałbym mówiąc że w tydzień zobaczyłem więcej filmów niż przez ostatnie kilka lat. W efekcie czegoż aktualnie jestem na filmowym odwyku. Ale też dzięki temu mogłem obejrzeć sporo wspaniałego, raczej odległego od amerykańskiej masówki, kina. I przyznam, że najchętniej dałbym nagrodę ex aequo. „W trójkącie” gdyby utrzymał hardkorowy poziom do końca to prawdopodobnie by wygrał. Z utrzymaniem poziomu na całej rozciągłości nie ma problemów „Pięć diabłów”. Ale jeśli mam wybrać ten film, który polecałbym obejrzeć każdemu, to byłby to jednak „Close”. Przyznam, że po wyjściu z seansu byłem lekko rozczarowany – nastawiałem się na płacz i puszczenie emocjonalnych hamulców (co wydarzyło się w przypadku sporej liczby innych osób w sali kinowej), a tu nic. A mimo to myślałem o tym filmie przez sporą część następnego dnia. I następnego. I coraz mocniej mi ta historia rezonowała w głowie. Pewnie w kategorii oryginalności „Close” jest bliżej początku skali, ale poczytuję to jako zaletę – to film który jest w stanie trafić do absolutnie każdego. O ile ma serce i emocje. O ile też było się nastolatkiem/dzieckiem, czującym wszystko kilkaset razy mocniej. I każdy, kto sam jest teraz rodzicem dla takiej istoty powinien obejrzeć ten film, aby nie tyle zrozumieć, co sobie przypomnieć.

 

ZIOMKI ROKU

 

Orzech typu twardy do zgryzienia. JAD to być może aktualnie najlepsza polska rzecz w kategorii punk, a „Ból” to taki pocisk, że gdybym był fanem oklepanych tekstów to powiedziałbym że po każdym odsłuchu zbieram zęby z podłogi. Ale fakt jest taki, że to do „B FLAT A” Trupy Trupa wracałem częściej. Chłopaki każdym albumem poszerzają siłę rażenia, ale przyznam bez bicia, że na poprzednim „Of The Sun” czegoś mi zabrakło, nie byłem w stanie zachwycić się czymś co nie zachwyca. I niby stylistycznie nic się specjalnie nie zmieniło, czemu więc jest znów tak dobrze? Ja jestem prosty chłopak i zwyczajnie lubię słuchać Fajnych Melodii. A te znowu przyszły do Grzegorza i spółki. I niech tylko w imię Sztuki i innych pretensjonalnych bzdur nie próbują ich odpędzić.

Honorable mention: sporo tego było! Piotrek Kaliński tym razem zaatakował podwójnie: raz pod egidą Nanook of The North („Heide” cudne, chociaż przyznam że łatwiej przyswajalny debiut mocniej mi podszedł), a tuż po tym jako Hinode Tapes. Andrzej Kędzierski podobnież – solowo na „AK 2022 I” oraz w duecie z wokalistką w Inkolinii („Algorytmy”). . Czechoslovakia z kolei na „A’MORE” zgłaszają coraz wyraźniejszy akces na polskojęzycznego przewodnika po muzeum najntisowego niezal rocka. Podobne aspiracje ma Kiev Office, tyle że oni do wizytujących muzeum wolą nawijać po kaszubsku („Gjinjenje”). Gentleman! nie składają broni i „Pies z Głową w Dół” to kolejna turbo przyjemna w odsłuchu próba zaszczepienia w słuchaczach miłości do indie rocka, tyle że bardziej tego spod znaku np. NME i wczesnej Ani Gacek. Little White Lies powrócili znienacka z „Homesick”. A jak komuś za dużo w tych rekomendacjach gitar, to polecam Pin Park z ich genialnym „Blind Spot” oraz Sulkdrugs z „Pure Evil Bliss”.

 

ALBUM ROKU

Powraca odwieczne pytanie – oddzielać Artystę od Dzieła? Tym razem pytanie prowokuje Arcade Fire i ich najnowszy album „WE”. Album kapitalny, być może najlepszy od lat. Niestety tuż po premierze wybuchła afera z liderem zespołu w roli głównej i już na koncert na Torwarze zupełnie straciłem ochotę.

Co poza tym? Jak już pisałem nieraz, na tym etapie życia nie mam ambicji ścigać się o ilość i jakość przesłuchanych albumów. Wybieram muzykę do słuchania już tylko według jednego, może dwóch kryteriów: czy odsłuch sprawi mi niczym nieuwarunkowaną przyjemność i czy wybrana muzyka będzie korespondowała z moimi emocjami. Tym samym, jak widzicie poniżej, w 2022 roku miałem głównie zapotrzebowanie na gitary (z którymi się przeprosiłem już rok temu, kiedy to pogodziłem się z tym, że nic nowego już mi nie powiedzą i bez większych oczekiwań słucham przyjemnych, acz oklepanych historii) i sporo R&B. W sumie podobnie jak w 2021, tyle że jeszcze doszła fala nowego popu – tworzonego głównie po sypialniach, a nie studiach nagraniowych z milionem producentów, inspirowana raczej Blink-182 niż Michaelem Jacksonem. Z rapem zagranicznym zupełnie dałem sobie spokój tym razem.

A zatem wymieniam z głowy co najbardziej mi podeszło:

Kasabian „The Alchemist’s Euphoria”, Ozzy Obourne „Patient Number 9”, Bruce Springsteen „Only the Strong Survive”, a-ha „True North”, Jean-Michel Jarre „OXYMORE”, Porcupine Tree „CLOSURE / CONTINUATION”, Three Days Grace „EXPLOSIONS”, Orville Peck „Bronco”, Alanis Morissette „The Storm Before The Calm”, First Aid Kit „Palomino”, Harry Styles „Harry’s House”, SZA „SOS”, Steve Lacy „Gemini Rights”, Beyonce „RENAISSANCE”, George Ezra „Gold Rush Kid”, Syd „Broken Hearts Club”, Rex Orange County „WHO CARES?”, Giveon „Give Or Take”, Pip Millett „When Everything Is Better I’ll Let You Know”, Cannons „Fever Dream”

+ trzy albumiki z Polandii: Dawid Podsiadło „Lata Dwudzieste”, Szczyl/Magiera 8171, Rubens „Piosenki, których nikt nie chciał”

 

PLAYLISTA ROKU

W sumie to gdybym miał zawrzeć tylko ulubione utwory z zeszłego roku, to pewnie byłaby ta plejka połowę krótsza. Ale chciałem zawrzeć cały dźwiękowy przekrój 2022 roku – czyli nie tylko to co repeatowałem, ale też to przy czym pracowałem, co zapadło mi w pamięć, co towarzyszyło mi podczas kluczowych momentów zeszłego roku. Jednym słowem – tak brzmiał mi zeszły rok.

Leave a Reply