rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2015

2015-Public-DomainNadejszła wiekopomna chwila. Jak co roku czas na ekshibicjonistyczny rachunek sumienia i podsumowanie minionych 12 miesięcy. Wszystkich masochistów i no-lajfów zapraszam do lektury.

Jak jednym słowem podsumować zeszły rok? Optymistyczny wariant brzmiałby „stabilnie”, mniej optymistyczny – „nudno”. Choć oczywiście nawet w tak przynudzającym roku nie zabrakło rozmaitych wstrząsów, kryzysów, niedomówień i niespełnionych pragnień. Mając jednak w pamięci roczniku, które w w tutejszej recenzenckiej skali nie wyszłyby powyżej 2/10, jestem w stanie docenić tak mało dynamiczny rok. Tyle tylko, że o ile takie nudziarstwo na płaszczyźnie prywatnej jestem w stanie zrzucić na karb „zasady sinusoidy”, według której lata parzyste wychodzą mi o wiele lepiej niż nieparzyste (2016 roku, tak bardzo wierzę w Ciebie!), tak w kontekście podstawowej tematyki tego bloga, czyli muzyki, jest to mocno martwiąca sytuacja. Niby w tym roku było trochę więcej muzyki niż w 2014 i 2013 roku, ale na dobrą sprawę równie dobrze mogło by jej nie być. Może to wina sprowadzania jej do roli tła, zapychacza czasu dojazdu z domu do pracy i z powrotem, może kolejny poziom wypaczenia (wypalenia?) zawodowego, a może chodzi też o to, że głównie słuchałem tego co wydaje wytwórnia w której pracuję, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jednego momentu z zeszłego roku, w którym kontakt z muzyką rozpaliłby jakieś większe emocje, dreszcz, jakkolwiek to nazwać mniej lub bardziej pretensjonalnie. Wciąż się zastanawiam, czy to problem ze mną, czy ze współczesną muzyką, w której słyszę jeden wielki dół – rockowego wyjałowienia, elektronicznej bezduszności, rapowego bezmózgowia, alternatywnego lansiarstwa. Nagle okazuje się, że najwięcej radości dostarczyły ci stricte popowe hooki, których przecież użyteczność może minąć już po max 50-tych odsłuchu, a za którymi nie ma już nic dalej. Bill Hicks i Tomasz Beksiński by się załamali.

By jednak nie było tak smutno i dekadencko, przejdźmy do tego, co w tym roku najlepsze. Nie będę jednak ukrywał, że poza kategorią Wydarzenia mega ciężko mi było znaleźć odpowiednich kandydatów. Cóż, w tym roku działo się sporo fajnych rzeczy i było mnóstwo fajnych nowych odkryć i doświadczeń, tyle że mało miały wspólnego z muzyką czy nawet z szeroko pojętą sztuką. No ale:

 

WYDARZENIE ROKU

tpuk

Tak, jest to nieuleczalna choroba. Nie, wcale mnie to nie martwi. Każdy ma jakiegoś bzika, a jeśli w ramach tego bzika można realizować swoje marzenia to chyba tylko dobrze? Jasne, Twin Peaks nie leży w Wielkiej Brytanii i na pewno londyński fest nie może równać się z tym amerykańskim, gdzie można zobaczyć na żywo miejsca w których kręcono festiwal. Także zestaw gości na UK feście był znacznie skromniejszy, a co gorsza uszczuplił się o połowę od tego pierwotnie ogłoszonego (najbardziej nie mogę przeboleć Sheryl Lee/Laury Palmer). Ale fuck it, i tak była Magia! Pewnie był w tym jakiś erzac dzieciństwa, bo samo kino Genesis, gdzie event miał miejsce, został w całości przerobiony na twinpeaksowy Disneyland. Podłogi z TYM wzorem, hostessy przypominające te z „One-Eyed Jack”, tematyczne menu, no i donuty, wszędzie donuty! Teoretycznie dla kogoś kto serial zna na pamięć i „przerabia” go przynajmniej raz do roku nie powinno być specjalną atrakcją oglądanie go po raz kolejny. Tyle tylko, że chyba mało kto ma w dzisiejszych czasach sposobność oglądać go na ekranie kinowym. Razem z dziesiątkami innych TP-maniaków, którzy wybuchają donośnym śmiechem przy humorystycznych scenach (nawet z drugiego sezonu) i autentycznie zalewają się łzami przy tych najmocniejszych fragmentach serialu (np. morderstwo Maddy). Spooky shit, jak to mawiają.

Hajlajtem festiwalu było oczywiście spotkanie z aktorami serialu. Kiedy dosłownie dzień przed festem odwołano udział Kimmy Robertson/Lucy Moran modliłem się, by tylko Madchen Amick (jakby ktoś urodził się wczoraj: serialowa Shelly Johnson) dotarła na festiwal. Dotarła. Ciężko opisać słowami jakie to uczucie, kiedy kobieta, której wydrukowane na czarno-biało zdjęcia traktowałeś jak relikwie, mówi ci że możesz robić sobie z nią tyle zdjęć ile chcesz. Kultura (oraz kolejka oczekujących do zdjęcia i autografu) nie pozwoliła mi z tej propozycji skorzystać, czego do dzisiaj żałuję – jeśli to nie byłoby #YOLO, to ja nie wiem co to jest. Przysięgam, że nigdy wcześniej tak mi się łapy nie trzęsły. I pewnie już nigdy później.

Honorable mentions: Scotland trip, tattoo

 

ROZCZAROWANIE ROKU

Ciężko orzec. Muzyczne rozczarowania wyparłem z głowy, a o prywatnych raczej nie miejsce by pisać. Pozostaje chyba tylko polityka, która w tym roku rzeczywiście przekroczyła (kolejną?) granicę żenady. O ile jednak do kwestii rządzących krajem nie przywiązuję już aż takiej wagi jak kiedyś (choć ostatnie ich ruchy sprawiają wrażenie, jakby ten brak totalnego wpływu na życie wszystkich mieszkańców kraju naprawdę im doskwierał), tak dyskurs w temacie uchodźców (a konkretnie – jego poziom) wywołuje u mnie autentyczne odruchy wymiotne. Cieszę a i nawet chlubię się tym, że w gronie moich dalszych i bliższych znajomych mam ludzi o rozmaitych poglądach, którzy nierzadko inspirują mnie do zrewidowania moich własnych. Ale po raz pierwszy w tym roku miałem ochotę zrobić czystkę na swoim profilu fejsbukowym. Jak bardzo temat nie byłby daleko od zerojedynkowości, wysyłanie uchodźców do gazu, choćby tylko w słowach, i stawanie ramię w ramię z tymi którzy to robią nigdy nie będzie wyrażaniem poglądu, tylko bycie zwyczajnym debilem.

Honorable mention: a jednak sobie przypomniałem: Hurts – Surrender. Chyba pomysłów starczyło jednak tylko na debiutancki album.

 

GUILTY PLEASURE ROKU

Kategoria którą mi, jako wielbicielowi złej muzyki, najłatwiej obsadzić. Ale no właśnie – co to znaczy „zła muzyka”? Czy hasło „guilty pleasure” już dawno nie straciło sensu? Dlatego w zalewie przeboików z obłednymi hookami, jakie chciałbym tu wyszczególnić, musimy wyróżnić jeden naprawdę poważny kejs.

Bo oto mamy One Direction. Tak, dokładnie, One Direction. Obok Justina Biebera najprawdopodobniej najbardziej znienawidzone zjawisko we współczesnej muzyce. Zjawisko, które jakimś cudem udawało mi się mieć głęboko w dupie i tam przez lata trzymać. Pojedyncze próby zmiany tego statusu, np. w postaci strasznej przeróbki Blondie, były na tyle odpychające, że sądziłem że tak już będzie zawsze. Do czasu. A konkretnie do premiery „Drag Me Down”, pierwszego singla zapowiadającego nowy, piąty już album. Pierwsze ziarenko niepokoju zasiane, coś jest nie tak, matrix się psuje. TEN NUMER JEST DOBRY. Ukazanie się „Made In The AM” to już było prawdziwe załamanie, mury runęły tak, jak się nawet śp. Kaczmarskiemu nie śniło. Jasne, wciąż sporo na tej płycie schematycznego szlamu, bezczelnych wielogłosów i chórków, jawnie skrojonych pod arenowe wykony. Ale obok tego mamy kilka prawdziwych perełek, jak np. „Perfect”. Coming out – ten numer mnie autentycznie kurwa wzrusza. No co ja zrobię, no, przepraszam, wracam do szafy.

Honorable mention: Fooo Conspiracy – Wild Hearts (US Version), Deorro x Chris Brown – Five More Hours, Jason Derulo – Want To Want Me

 

FILM ROKU

Nie no, nie będę się błaźnić wybierając z trzech filmów na krzyż, jakie widziałem w tym roku. Dlatego trochę inaczej:

south_park_season_14

W kontekście szeroko pojętej kinematografii to dla mnie przede wszystkim zmierzenie się z tematem South Park. Serialem, którego oglądanie odpuściłem na początku ubiegłej dekady. I to był bład. Raz, że uzbierało się przez to dobrych kilkanaście sezonów do nadrobienia, czyli dwa razy tyle wieczorów wyjętych z życia. Dwa, że mówimy o jednym z najlepszych seriali EVER, nie tylko w kategorii seriali animowanych. W czym się jeszcze mocniej teraz utwierdziłem. Oczywiście, ma on słabsze odcinki, ba, nawet całe sezony. I bardzo dobrze, bo gdyby wszystkie odcinki trzymały taki poziom jak „Guitar Queer-O” czy (nomen omen) „Raising The Bar” to groziłaby nam fala zejść na zawał z beki. Długowieczność tego serialu, poza oczywistymi aspektami typu genialnie skrojone postacie i ostry jak brzytwa Oleksego humor, tkwi także w długofalowym myśleniu jego tworców, którzy w porę się ogarnęli, że nie da się latami eksploatować tego samego zestawu głównych i drugoplanowych postaci, nawet jeśli chwilę temu wspomniałem o geniuszu ich kreacji. Po chwilowej zadyszce nadano więc serialowi zupełnie nowy kierunek, tj. komentarz do wydarzeń i zjawisk bieżących. I to był strzał w dziesiątkę, nawet jeśli odbyło się to kosztem „odstrzelenia” kilku postaci, które nierozerwalnie były związane z tym początkowym, „absurdalnym” etapem rozwoju serialu. A ostatni, 19-ty sezon to prawdziwe mistrzostwo, z całościowym konceptem godnym progrockowych klasyków.

 

RAPSY ROKU

Nie wiem czy to załapuje się pod kategorię rap. Wiem natomiast, że w tym wypadku było najbliżej doznań ekstatycznych, bardzo podobnych do tych jakie towarzyszyły mi przy pierwszych odsłuchach „Mezzanine” Massive Attack. Nie słuchać po ciemku. Słuchać w całości, najlepiej w pakiecie „AQUARIA” + „Motorcycle Jesus OST”. I nie rozumiem, dlaczego typa olały nie tylko masy, ale też i bardziej wtajemniczone kręgi odbiorców muzyki.

Honorable mention – Tyler, The Creator – Cherry Bomb; Earl Sweatshirt: I Don’t Like Shit, I Don’t Go Outside (zarazem zwycięzca w kategorii „Tytuł Roku”)

 

PIOSENKA ROKU – POLSKA

W idealnym świecie to byłby Hit Roku, jak dla mnie nie tylko w polskiej kategorii. Perfekcja, w której wszystko się zgadza – wejście bitu rodem z (sic!) „Beat It” M. Jacksona, cudownie mieniący się aranż, dodatkowo rozkręcający się wraz z kolejnymi fragmentami zwrotka/refren utworu – ostatnie wejście refrenu z poprzedzającym go bridgem to jest czysty ORGAZM, i nie wstydzę się tego słowa tu użyć. I nade wszystko IDEALNIE płynące w tym podkładem wokalizy – a przecież mówimy o remixie, aby było śmieszniej w oryginale dość przymulającego utworu. A żeby zakończyć skrajnie nieśmiesznie – ile razy zagrało ten utwór polskie radio?

Honorable mention – Natalia Nykiel – Bądź duży, Terrific Sunday – Bombs Away

 

PIOSENKA ROKU – ŚWIAT

NIC MNIE NIE OBCHODZI ŻE TO DLA CIEBIE CO NAJWYŻEJ GUILTY PLEASURE I ŻE WKURWIASZ SIĘ, JAK PO RAZ ENTY SŁYSZYSZ TO W MOIM GRANIU NA CZEKANIE

Honorable mention: Years & Years – King, Phoebe Ryan – Mine

 

ALBUM ROKU

OK, tak naprawdę to nie jest Album Roku 2015. Takowego niestety nie słyszałem. Przed premierą kilku albumów upatrywałem w nich kandydatów na taki tytuł, ale zawsze czegoś brakowało, mniej lub bardziej. Mimo wszystko kilka nazw musi tu paść: Grave Pleasures, Modest Mouse, Dave Gahan & Soulsavers, Smallpools, Nothing But Thieves… solidne pozycje, ale chyba za wysoko im zawiesiłem poprzeczkę.

I na tym samym poziomie plasuje się też ostatnie dokonanie Ryana Adamsa. Wyróżniam je jednak za sam pomysł – nie mam nic do ciebie, Taylor Swift, I’ma let you finish, ale sięgnięcie po twoje piosenki przez Adamsa, któremu zdarza się trochę za często przeraźliwie zamulać, mogło skończyć się piękną katastrofą. A tymczasem wyszło naprawdę ujmująco, z momentami – a co tam – niemal genialnymi („Bad Blood”). Ktoś powie że sięgnięcie po jeden z najpopularniejszych pop-albumów ostatnich miesięcy to czysty koniunkturalizm, ja w tym widzę akt odwagi równy przerabianiu klasycznych albumów The Beatles czy Pink Floyd (sorry Wayne), jeśli nawet nie większy. I tylko pozostaje pytanie – kto następny? Może ktoś w Polsce? Kortez grający Gang Albanii?

 

ZIOMKI ROKU

Na szczęście w tej kategorii nie chodzi o obiektywną ocenę, więc mogę sobie pozwolić na takie wyróżnienie. Ale jeśli ktoś potrzebowałby takiej legitymacji to wystarczy wejść na profil FB zespołu i zobaczyć wszystkie te pozytywne recenzje które chłopaki skwapliwie udostępniają (bo właściwie czemu nie?), z propsami od redaktora „Los Angeles Times” na czele, który nazwał Trupę Trupa jednym z najlepszych współczesnych rockowych zespołów. Na świecie. Mówimy o kapeli , która płyty wydaje sama, a dystrybuuje je na koncertach, bandcampie i allegro. 2200 fanów na fejsie, mniej niż świnka morska Beaty Kozidrak, gdyby tylko ta (świnka, nie Beata) założyła sobie profil. Jeśli ktoś wietrzy tu spisek na skalę światową, to zapraszam do odsłuchu. Nie trzeba padać przed tą muzyką na kolana, ale wypada docenić jej ideę, wyzwanie jakie stawia ona słuchaczowi poprzez maksymalne obciążenie klimatu kompozycji, inkrustowanych jazgotem gitar i wokali (bo zarówno krzyki basisty Wojtka, jak i specyficzna maniera stojącego na czele zespołu Grzegorza do najłatwiejszych w odbiorze nie należą) oraz skrajnie nieoczywistymi (eufemizm) melodiami. Zabrzmi to banalnie, ale tytuł „Headache” naprawdę oddaje istotę płyty – nawet w pozornie łagodno-psychodelicznych fragmentach ta płyta sprawia ból. Ale to ból z kategorii przyjemnych, jaki mogą sprawić tylko najlepsze dokonania z kategorii uneasy listening – czy będzie to Slayer, czy black metal, czy Mogwai.

Mnie, jako osobę będącą obok zespołu praktycznie od dnia zero, najbardziej fascynuje w tej płycie progres, jaki przeszedł zespół by znaleźć się w wyznaczonym przez nią punkcie. To zarazem też rozwój mojej wiary w ten zespół. Bo na etapie garażowym nie wierzyłem, że będą w stanie wyjść poza schemat dwuminutowych piosenek. Po debiutanckim albumie doceniłem porzucenie schematów, wciąż jednak brzmienie tkwiło w może i szlachetnie inspirowanych (The Beatles & The Velvet Underground), ale przez wiodącą rolę klawisza mocno thedoorsowych ramach. Dziś tego problemu nie ma – zespół jest w stanie zagrać (i nagrać) wszystko. Rzecz w tym, że nie muszą w tym celu sięgać po elektronikę czy producenta ze świata hiphopu – w pełni wystarczy im gitara, bas, perkusja i (jednak) klawisze. Rage Against The Machine byliby dumni.

Honorable mention: Calm The Fire – Doomed From Th Start, Mjut – 9

 

MECZ ROKU

Ja wiem że awans na Euro 2016 itp. ale jednak:

 

PLAYLISTA ROKU

No, tak mi brzmiał ten rok. Trochę nowości, trochę staroci na ripicie.

 

2016 roku, na*******aj!

Leave a Reply