rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2013

2013Początek roku. Te kilka osób regularnie tu zaglądających zapewne domyśla się już, co to oznacza.

Formułę blogowego podsumowania mijającego roku odświeżyliśmy w zeszłym roku, zatem darujmy sobie tłumaczenie, dlaczego wygląda to tak a nie inaczej. Jeśli chodzi o muzyczne oblicze 2013 roku widziane moimi oczyma to także niewiele się zmieniło w stosunku do poprzedniczki. Zatem w kwestii nowości – posucha totalna, poza rapsami nic mnie nie zakręciło z wydawnictw ostatnich 12 miesięcy, a i wśród wydawnictw z większym zagęszczeniem rymów trudno odnaleźć coś, co byłoby w stanie rzeczywiście zatrząść sceną bez wsparcia recenzenckiego i playlistowego hype’u. Dobrych gitar nie słyszałem od nie-pamiętam-już-kiedy, nawet ostatni bastion w postaci Queens Of The Stone Age może nie tyle padł, co dostał lekkiej zadyszki, choć wnioskując z werdyktów zasłyszanych i przeczytanych jestem w tej opinii wybitnie odosobniony. Uczciwie jednak przyznaję, ze powyższe wnioski należą do człowieka, który nie miał ani czasu, ani chyba jednak też głowy do trzymania ręki na pulsie i to w każdej z dziedzin kultury. Nie rozwijając tematu zatem – życie w przeciągu tych 12 miesięcy sugestywnie zasugerowało, by ostatecznie wypisać się z klubu muzycznych geeków, którzy znają nowe muzyczne trendy zanim zaistnieją. Strata duża jako dla człowieka, który w chwilach autoszczerości miewa aspiracje poważnego pisania dla mas o muzyce, ale też dzięki temu można bez skrupułów i wyrzutów sumienia taplać się w muzyce sprzed lat. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że muzyka się generalnie skończyła, ale fakt faktem, że całkiem nieźle wychodzę jako słuchacz na tym, że mając do wyboru płytę z roku 2012 i, dajmy na to, 1983 decyduję się na drugą opcję.

Dobra, chyba starczy tego wstępu. Zatem czas na same konkrety.

 

WYDARZENIE ROKU

Kto ma wiedzieć ten wie! <3 <3 <3

Honorable mention: w sumie poza powyższym dużo się działo i na tyle ważnego, by poświęcić im tutaj trochę miejsca. Całkiem fajną i pożyteczną przygodą była praca przy Festiwalu Filmowym w Gdyni. Sześć dni mega stresu i zapierniczu (#eufemizm), ale okraszony świetną atmosferą i mnóstwem nowych znajomości. Oraz, co najważniejsze, kilkoma naprawdę dobrymi filmami. Drugie wydarzenie, o istotności – mam nadzieję – nie tylko dla mnie odczuwalnej to przenosiny tego bloga pod nową i mam nadzieję, że finalną platformę, czyli WordPressa. Co tu dużo mówić – zupełnie nowa jakość blogowania, choć kilku elementów związanych z blox.pl czasem brakuje. Coś jeszcze? Nie wiem, odbył się jakiś piłkarski turniej w ostatnich miesiącach? Jeśli nie, to nie ma o czym mówić.

 

ROZCZAROWANIE ROKU: „Grawitacja”

grawitacja2

Strasznie dużo się spodziewałem po tym filmie. Za dużo. O czym świadczy fakt, że film ten, powszechnie uznawany za prawie-że-wybitne dzieło, pewniak do Oscarowych nominacji, znalazł się właśnie w tej części wpisu. A co najważniejsze, jak najbardziej uważam, że jest on wart tych pozytywnych opinii! W czym więc tkwi problem? Nie wiem, może w tym, że nie jest to jeden z filmów mojego życia, czego oczekiwałem po trailerze? Być może przytrafi się okazja na powtórny seans, kiedy spojrzę na twór Cuarona z dystansu, co zaowocuje posypaniem głowy popiołem i edycją tego akapitu. Jak na razie jest jak jest.

Honorable mention: „Blue Jasmine” Allena, poza absolutnie porywającą rolą Blanchett, pozostawił mnie jako całość przerażająco obojętnym. A jeśli chodzi o rozczarowania muzyczne… cholera wie, może cała ta fala pop-elektroniki pokroju Avicii, której nie ogarniam zarówno na płaszczyźnie recepcyjnej, jak i jej popularności? Przecież to po usunięciu linii wokalnych jest jedna wielka remiza. O co chodzi z tymi milionami wyświetleń?

RAPSY ROKU: RUN THE JEWELS

Jak zostało już powiedziane, nowego „Illmatica” czy „Low End Theory” w tym roku się nie doczekaliśmy (choć wciąż najbliżej do nagrania takowego ma Kanye West, ale o tym za chwilę). Co nie znaczy, że brakowało wydawnictw, na które każdy fan dobrych szesnastek i łechcących ucho bitów powinien zwrócić uwagę. Rap zajawka wciąż kipi, także w polskim narodzie. Już nawet mój 14-letni sąsiad z klatki wie, że Pitbull to leszcz nie raper i skasował folder z jego pseudohitami. Może „Run The Jewels” to zbyt wymagająco brzmiący projekt, by stanowić alternatywę dla Łysego z Eski, ale osoba Killer Mike’a, czyli połowy duetu Run The Jewels, to chyba wystarczający gwarant jakości nawet dla radykałów spod znaku JP100%. O tym, co gwarantuje udział El-P w tym projekcie, przekonywać wtajemniczonych nie trzeba.

Honorable mention: mikstejpowo nie był to jakiś wybitny rok, niemniej warto zwrócić uwagę na ostatnie dokonania takich panów jak Yelawolf („Trunk Music Returns”) i Waka Flocka Flame („DuFlocka Rant: Halftime Show”). A skoro mowa o tym ostatnim: twitterowe wróble ćwierkają, że 2014 będzie tym rokiem, w którym trap ostatecznie przejmie władzę nad światem. Chociażby Tede zapowiada, że kolejny jego album będzie utrzymany w tej konwencji. I dobrze. Choć wciąż nie wiem co mam myśleć o ostatnich nagrywkach Gucci Mane’a z Marilyn Mansonem.

 

WTF ROKU: Sandu Ciorba – „Dali Bomb”

Tak, wiem, „Dzika Bomba”. Ale sprowadzanie istoty zjawiska tylko do (niezamierzonej?) zbieżności tytułu z polską frazą to grzech. Zobaczcie co tu się dzieje na teledysku – miód na serce dla każdego fana folklorów nie spełniających współczesnych norm estetycznych, wciąż wyznającego Kult Zenka Martyniuka. Co w tym wszystkim jednak najważniejsze – to wciąż wpada w ucho jak diabli! I z tego też powodu zupełnie nie kupuję całej tej akcji z Ylvisem i „The Fox (What Does The Fox Say?)”. Jasne, 322 miliony wyświetleń teledysku nie da się tak łatwo zdyskredytować.  Ale już porównywanie tego utworu do „Gangnam Style” uważam za spore nieporozumienie, krzywdzące – nie wierzę że to mówię – dla tego drugiego. W przypadku PSY mieliśmy do czynienia z okropnie wynaturzoną, ale jednak pewną formą azjatyckiego popu, którego geniusz wciąż pozostaje nieodkryty dla masowego słuchacza, czego nawet „Gangnam Style” nie jest w stanie zmienić. „Lis” nie reprezentuje nic więcej poza kolejnym przesunięciem granicy muzyczno-teledyskowego debilizmu, na dodatek będąc w pełni świadomą parodią stworzoną przez grupę skandynawskich kabareciarzy (a jak wiadomo, najlepsze muzyczne brainfuckery powstają poza intencjami twórców). Eksperyment: puśćcie na imprezie obok siebie „The Fox” i „Gangnam Style”. Zapewniam, że parkiet odczuje różnicę.

Honorable mention: Marzia Gaggioli

 

GUILTY PLEASURE ROKU: OneRepublic: „Counting Stars”

Po 322349832 repeacie zacząłem sobie wmawiać, że może jednak to obiektywnie naprawdę genialna piosenka, że hook nie do zdarcia, że melodia najszlachetniejsza ze szlachetnych, że The Beatles, że Beach Boys itd itp. Ale usłyszałem pozostałe niedawne ich single, przypomniałem sobie, że to oni odpowiadają za „Apologize” nagrany z Timbalandem pół dekady temu i ponownie zaczynam mieć nadzieję, że nikt nie zwraca uwagi na aktywność znajomych w Spotify’u.

Honorable mention: John Newman – „Love Me Again”. Zastanawiam się nad „Blurred Lines”, ale wciąż uważam, że Pharrell Williams, nawet jeśli tylko na featuringu, nigdy nie powinien znaleźć się w dziale „guilty pleasures”.

 

TRACK ROKU – POLSKA: Dawid Podsiadło – „Trójkąty i kwadraty”

Być właśnie tym wyborem pogrzebałem ostatecznie moje street cred. Chociaż… 2013 to rok, który z lokalnego punktu widzenia zostanie zapamiętany jako ten, w którego podsumowaniach zupełnie bezkonfliktowo współegzystowały wytwory totalnego undergroundu pokroju Starej Rzeki i laureata telewizyjnego talent show. Owszem, Monika Brodka także zyskała szacunek bardziej wymagających słuchaczy, a we wspomnianych podsumowaniach można dostrzec także nazwisko Krzysztofa Zalewskiego (dla przypomnienia: zwycięzca drugiej edycji „Idola”). Tyle że w ich przypadku wiązało się to nie tylko z odcięciem Idolowej pępowiny, co niemal wyparcia się udziału w polsatowskim show. Podsiadło nie tylko nie miał czasu wyzwolenia się spod X-Factorowego jarzma, co nawet zupełnie nie przyszło mu to do głowy. Wystarczyła mu wiara w otwartość i inteligencję polskiego słuchacza AD 2013 oraz współpracownik w postaci Bogdana Kondrackiego, wciąż od wielu lat czołowego polskiego twórcy popu na światowym poziomie. „Trójkąty i Kwadraty” to pop, który nie ma absolutnie czego się wstydzić. Wwiercająca się w głowę, niebanalna melodia i podkład instrumentalny, jaki może być dziełem wyłącznie człowieka i jego geniuszu, a nie komputerowego skryptu. Chwytliwa melodia i dający się zapamiętać podkład instrumentalny. Wciąż nic lepszego w muzyce nie wymyślono.

Honorable mention: DICK4DICK – „Tak Czy Nie”, Tomek Makowiecki – „Holidays In Rome”

 

TRACK ROKU – ŚWIAT: Kanye West – „Black Skinhead”

Przyznam szczerze, że miałem spory problem z wybraniem polskiej kompozycji roku, ponieważ mało który przekroczył granicę przynajmniej trzech repeatów. W przypadku best track w skali globalnej kłopot jest zgoła odmienny. Być może to przez kilka chwilowych nawrotów do didżejowania, ale ostatnimi czasy coraz bliższa jest mi idea pojedynczych utworów aniżeli albumowych długograjów. Czyżby iPodyzacja społeczeństwa dosięgła w końcu także mnie? Anyway, patrząc na miniony rok przez pryzmat piosenek to było całkiem nieźle, zwłaszcza jeśli chodzi o rapowe i popowe bangery.

Ostatecznie serce wskazało na Czarnego Skinheada. Cóż, Kanye West jest bucem, to fakt niezaprzeczalny. Podobnie jednak jak kilka(naście?) wybitnych postaci ze świata sztuki. Nie sugeruję tutaj, że kluczem do tworzenia wybitnych dzieł jest bycie niemiłym i nie ustępowanie starszym w tramwaju. Rzecz w tym, że warto w swoich werdyktach oddzielić artystę od jego dzieła. Co w przypadku Kanye Westa długo mi się nie udawało, ale w końcu „Yeezus” kazał mi się poddać. Nie jest to dziesiątkowa pozycja, a nazywanie chłopaka Kim Kardashian „Michaelem Jacksonem hip hopu” odbieram z uśmiechem politowania. Niemniej jednak trzeba w końcu jasno to stwierdzić – to on rozdaje karty we współczesnym rapie. Całkiem niezłe karty, choć moim zdaniem nie tak dobre jak się powszechnie uważa, mają też też Macklemore i Kendrick Lamar. Zupełnie zaś z gry wypadł Eminem, na dodatek profanujący swoim nowym wydawnictwem całkiem przecież niezłe dzieło sprzed ponad dekady.

Honorable mention: Daft Punk – „Get Lucky” (fuuuuunk!), Depeche Mode – „Soothe My Soul” (niby absolutnie oklepane, dizozaurowe electro, a jednak żre jak jasna cholera)

 

ODKRYCIE ROKU: Electric Light Orchestra – „Surrender”

Uwielbiam takie piosenki. Totalnie niepozorne, bez jakichkolwiek aspiracji do bycia „czymkolwiek więcej”, a jednak wciąż noszące znamię geniuszu ich autora. Samo odkrycie wybitności postaci Jeffa Lynne’a było dla mnie sporym odkryciem 2013 roku, bo moja dotychczasowa edukacja w temacie ELO ograniczała się do „Don’t Bring Me Down” (lepiej) i „Rock And Roll Is King” (gorzej).

Honorable mention: ABBA – cała dyskografia, Stromae – „Alors On Dans” (feat. Kanye West), Płomień 81 – „Odwaga”

 

ZIOMKI ROKU: Trupa Trupa – „++”

Zgodnie z zeszłorocznym podsumowaniem, w tym miejscu powinna się znaleźć kategoria „Młodzież roku”. Wymagałaby ona jednak choćby minimalnej dozy obiektywizmu, na którą w kontekście TT nie mam szans. Na szczęście legitymuje mnie cała masa pozytywnych recenzji „++” oraz wylegające niczym grzyby po deszczu kolejne podsumowania muzycznego roku uwzględniające drugi album Gdańszczan. Napawa mnie dumą możliwość obserwowania rozwoju zespołu praktycznie od dnia zero, tego, jak rozwijają się z każdym nowym numerem, koncertem, może nawet próbą. Na wysokości demówek zastanawiałem się, czy będą w stanie wyjść poza dwuminutówki oparte na schemacie zwrotka refren. W okolicach debiutanckiego albumu pojawiła się refleksja, czy Grzegorz i spółka mieliby na tyle wyobraźni, by porzucić rockowe instrumentarium i stworzyć coś na podobieństwo „Sierżantra Pieprza” czy nawet „Pet Sounds”. Dziś mam coraz większą pewność, że jeśli nic takiego nie nastąpi, to nie dlatego, że nie potrafiliby, tylko z zupełnie innego pomysłu na swoją twórczość.

Honorable mention: Stefan Wesołowski – „Liebestod”, Hatti Vatti – „Algebra”

 

SMUT ROKU:

Za dużo tego było. Lou Reed, Jeff Hanneman, George Duke… Mając jednak tylko jedno nazwisko do wyboru, z sentymentu oraz zbliżonej „profesji” decyduję się na

 

MECZ ROKU:

Inny wybór raczej niemożliwy.

 

Udanego 2014 roku! Czuję w piszczelach, że taki będzie!

Leave a Reply