rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2012

Corocznej tradycji czas zadośćuczynić!

Szczerze jednak przyznam, że na początku miałem spore wątpliwości, czy to podsumowanie ma sens. Nie aby było nudno – choć też jakoś specjalnie szalony rok to nie był. Rzecz w tym, że te dotychczasowe podsumowania celowały w głównej mierze w prywatę. I nawet jeśli fajnie jest się po raz kolejny pochwalić, że wreszcie udało się zrobić prawo jazdy, to biorąc pod uwagę fakt, że jest to już blog praktycznie stricte recenzencki – taka pamiętniczkowa forma podsumowania może pasować tu jak pięść do nosa. Chyba jednak już wyrosłem z takich wynurzeń.

Z drugiej jednak strony – do podsumowania muzycznego roku 2012 niespecjalnie czuję się kompetentny. Mój gust muzyczny dziś praktycznie celuje wyłącznie w dwa kierunki – hiphop oraz klasyka sprzed lat. I wcale nie zamierzam twierdzić, że hiphop to aktualnie najciekawsza rzecz, jaka ma miejsce w muzyce. Ale tak mi po prostu w duszy gra i nie zanosi się na prędką zmianę. Elektroniki raczej nie czuję, jazzy mi się znudziły, pop w kryzysie, a większość współczesnych kapel rockowych (zwłaszcza tych spod formatu ESKI Rock) wywołuje we mnie odruch wymiotny. A rapsy zawsze spoko, nawet w tej najchujowszej, southernowej formule.

Dlatego więc zamiast bawić się w rankingi z przypadkowym doborem pozycji – Mocno Subiektywny Przegląd Naj Momentów 2012 roku.

 

WYDARZENIE ROKU: Euro 2012

Wątpliwości brak. Spełnienie marzeń każdego polskiego kibica piłki nożnej, do których zaliczam się i jak. Zapomnijmy o rozczarowaniu, jakim był występ polskiej kadry na tym turnieju. To był magiczny miesiąc, kiedy tylko czekało się do godziny 18.00 by wraz z innymi – niezależnie czy w Strefie Kibica, czy w knajpie, oglądać kolejne mecze. Miesiąc, w którym dzięki rzeszy przybyłych do Polski (i na Ukrainę) kibiców z całej Europy można było przez chwilę poczuć się jak w Londynie jakimś czy innym Nowym Jorku. To nie jest świadectwo zakompleksienia, tylko zwykłe stwierdzenie faktu. Jeszcze bardziej cieszy, że jako Gdańsk trafiliśmy na chyba dwa najfajniejsze kibicowskie narody – Hiszpanów i Irlandczyków. Rezultaty ich reprezentacji były skrajnie odmienne, ale jako kibice wymiatali na podobny sposób. Śpiewanie w środku nocy „Endless Summer” czy innych patriotycznych przyśpiewek – bezcenne. No i na sam koniec – to był miesiąc, kiedy nawet radykalnie niezainteresowane futbolem osoby stawały się kibicami. Pozdrawiam w tym miejscu wszystkich trójmiejskich poetów.

Honorable mention: jednak to prawko. No i trip do Hiszpanii i Portugalii. A z wydarzeń kulturalnych to chyba to otwarcie Olimpiady w Londynie, które wymiatało jak ta lala. No i ACTAgate.

 

ROZCZAROWANIE ROKU: „Mroczny Rycerz Powstaje”

 

To nie tak, że to jakiś totalnie zerowy film. Ba, wiele osób skwituje sprawę prostym „Jaka trylogia, takie i zwieńczenie”. Ja akurat należę do osób, które naprawdę polubiły sposób, w jaki Nolan reanimował Batmana. Darowałem sobie porównywanie do „Batmana” Burtonowskiego, bo to tak jakby zestawiać dzieła Jenny Jameson i Pana Rafała z „Podrywaczy.pl”. Niby to samo, ale jednak inna liga. Burton zrobił INTERPRETACJĘ, Nolan EKRANIZACJĘ. I tak jak zupełnie nieoglądalne są dla mnie te wszystkie filmowe Spidermany i X-Many, tak „Batman: Początek” był dla mnie totalnie miłym zaskoczeniem, a już „Mrocznym Rycerzem” do dziś szczerze się jaram. Jasne, trzeba przymknąć w obu przypadkach oko na elementy stricte pod publiczkę i łopatologię (wszak przeciętnemu widzowi raczej bliżej do debila niż inteligenta), co jest nieodzowne jeśli nie chciało się stracić mnóstwa funu z oglądania. Ale „Mroczny Rycerz Powstaje” jest niestety pod tym względem przegięciem. Komiks nie tylko jako tematyka filmu, ale także w formie. Komiks z całym jego pejoratywnym nacechowaniem. Bzdurny początek, bzdurne rozwinięcie, tragiczne zakończenie, dialogi z „Mody Na Sukces”, facepalm za facepalmem. Naprawdę łudziłem się, że Nolan chciał tą serią chociaż otrzeć się o Sztukę – przecież ma na koncie WYBITNY „Memento”, potwierdzający, że nie jest czystej krwi rzemieślnikiem. A jednak „MRP” to film, który mógłby nakręcić nawet Jarek Żamojda. Jedyny jasny punkt programu to Bane, ale bądźmy szczerzy – kreujący go Tom Hardy mógłby obcinać paznokcie u nóg Ledgerowi-Jokerowi. Co przez wieko trumny może być trumne.

Honorable mention: do porażki naszych biedronek na Euro mieliśmy nie wracać. Muzycznie nic aż tak mnie ewidentnie nie rozczarowało. A „Jesteś Bogiem” naprawdę mi się podobało!

 

RAPSY ROKU: BIG K.R.I.T.


W sumie „4evaNaDay” jakimś wybitnym krążkiem nie jest, o ile pamiętam to dałem mu 7,5/10. Ale ma parę rozjebujących momentów, w tym „Red Eye” – od kilku miesięcy mój ulubiony rap na smuteczki.

Honorable mention: Yelawolf „The Slumdon Bridge” (Eminem może iść na emeryturę), Azealia Banks „Fantasea” (moja obecnie ulubiona pani w urban music)

 

WTF ROKU: GANGNAM STYLE

Zastanawiałem się nawet, czy nie dać tego jako singiel roku. Bo tu nie chodzi o jakość samej piosenki – całkiem możliwe, że profesjonalni muzykolodzy daliby bo 0/10, bez perspektyw na dyskusję. Przyznam, że jak pierwszy raz zobaczyłem teledysk do tegoż dzieła (pozdro Marion!) to uznałem, że no fakt, RZECZYWIŚCIE dziwne. Ale żeby AŻ TAK? A tu numer osiąga popularność taką, że nawet NATO czy inny UNICEF chce z nim współpracować. Uniwersalny nośnik treści, od morza aż do Tatr. Inna sprawa, że nie jest to też aż tak zaskakujące – wszak geeki muzyczne od dawna jarają się azjatyckim popem, który naprawdę ma paru zajebistych reprezentantów i tylko kwestią czasu było, kiedy zjawisko rozprzestrzeni się na cały świat. Nie spodziewałem się, że w aż tak kuriozalnej formie, no ale cel uświęca środki. No i też kwestia pozostaje otwarta, czy zadziałała bardziej piosenka czy jednak teledysk, całe zjawisko gangnam choreografii itp. Przypuszczam że Maryla Rodowicz wskazałaby to drugie, ja jednak w kwestii układów tanecznych pozostaję wierny Jacksonowi. I taka refleksja na koniec – zauważyliście, że mówiąc o gigantycznym sukcesie „Gangnam Style” nikt nie mówi o sprzedaży singla, niezależnie w jakiej postaci, CD czy mp3? Popularność już nie mierzy się na liście Billboardu, tylko na Youtubie. Witaj Dwudziesty Pierwszy Wieku.

 

TRACK ROKU – POLSKA

 

Dobra, żartowałem…

 

…chociaż nie, nie do końca. Bo jestem pewien, że gdybyście jeden z drugim usłyszeli sam podkład tego tracka pozbawiony wokalu to w życiu byście nie powiedzieli, że to disco polo. Żadne guilty pleasure, nie ma guilty pleasure w 2012, muzyka jest dobra albo zła. A kolesie wysmażyli totalnego bangera, udowadniającego, że myślenie o disco polo w kategoriach „Majteczek W Kropeczki” to tak jakby twierdzić, że polski hiphop to tylko dresy i łańcuchy. Szukaj w słowniku pod hasłem „ignorancja”.

Mimo wszystko jednak większych wrażeń dostarczył mi Twilite. Niby „tylko” remix, ale w atmosferze tego kawałka zatapiam się totalnie. Czemu jeszcze tego nie znacie?

Honorable mention: Fair Weather Friends – Fortune Player (latoooo), Hey „Wilk vs Kot”

 

TRACK ROKU – ŚWIAT: Bat For Lashes – All Your Gold

Z sympatią spoglądam na brytyjską scenę pop, szczególnie w żeńskim wykonaniu, bo choć w obrębie całych płyt to tak niespecjalnie mnie rusza, to w temacie pojedynczych singli jestem zawsze na tak. Nigdy nie lądowały one na szczycie mojego prywatnego podium, aż do teraz. Pozorny minimalizm podkładu skrywa w rzeczywistości takie bogactwo dźwięków i emocji, że w sumie nawet nie zwraca się uwagi, że i po stu prześłuchaniach trudno to zanucić pod prysznicem.

Honorable mention: na pewno coś, ale wyleciało mi z głowy. Prawdopodobnie będę jednak jeszcze w przyszłości edytował tę notkę, hehe.

 

ODKRYCIE ROKU – The Knack – My Sharona

Jak ja mogłem tego wcześniej nie znać????????????? Chociaż nie, znałem, z sampla w „It’s Tricky” Run DMC, ale jakoś nigdy nie chciało mi się sprawdzać u źródła. Facepalm as fuck. Aktualnie numer spełnia całe moje dzienne zapotrzebowanie na gitary.

Honorable mention: Johnny Polygon – Fuckin Awesome, chociaż w sumie sporo tego było – cały czas wracam do przeszłości.

 

POLSKA MŁODZIEŻ ROKU: Iza Lach – Off The Wire

Tu nie ma beki, nie ma kolejnej ściemnionej kolaboracji, jakich było wcześniej mnóstwo w polskim showbizie – tu naprawdę rapuje Snoop Dogg (sorry, Snoop Lion), naprawdę spotkali się w studiu (choć zaczynem niby był jakiś konkurs, nie wiem, szczegółów nie znam), a lider kultowego „Doggystyle” propsuje Izę na równi z paloną zieleniną. Najważniejsze jednak – „Off The Wire”, efekt tej kolaboracji, jest naprawdę dobry. Nie wybitny, ale z dumą można jechać w świat. Czekamy na więcej!

Honorable mention: Czechoslovakia – Made In, Twilite – Remixed

 

SMUT ROKU

That’s all, folks! Thanks 4 watching, do przyszłego!

Leave a Reply