rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2009

 

nie, dobra, skrobne cos jednak.

tylko co? z racji tego, ze moje blogowanie sprofilowalo sie ostatnimi czasy na czysto muzyczna skrobanine, moglbym i podsumowac ostatnie 12 miesiecy wylacznie pod katem tego, co dzialo sie w sferze dzwiekowej wlasnie. on the other hand, jestem chlopakiem prostym, przywiazanym do tradycji. a zawsze jednak (czyli od jakichs 8 lat, od kiedy odkrylem niewatpliwe uroki blogowania) w ramach podsumowan zawsze jednak bylo cos o zyciu prywatnym. dla pofolgowaniu memu patologicznych wymiarow ekshibicjonizmowi, ale tez dla wyciagniecia wnioskow i czegos, co z braku lepszego terminu nazwijmy skatalogowaniem minionych wydarzen i doswiadczen.

ale co wlasciwie moge powiedziec o 2009 roku pod wspomnianym wyzej katem? ze bylo skrajnie slabo? moze nie az tak slabo jak w 2008. tyle ze w tamtym roku bylo w miare sinusoidalnie. w 2009 roku bylo zwyczajnie nijako i nudno. 2010 rok juz taki byc nie moze, to jest postanowienie.

z drugiej jednak strony – byc moze paradoksalnie, ale absolutnie nie uwazam tego roku za rok stracony. a to z racji tego, co dzialo sie w, hm, sferze kulturalnej mej bytnosci. innymi slowy – mnostwo nowych odkryc, mnostwo staro-nowych odkryc, nadrobienie zaleglosci. przede wszystkim w kategorii „Muzyka”, ale tez, choc zdecydowanie nie w takim stopniu, w innych rejonach szeroko pojetej kultury i rozrywki. choc w sumie moze nie ma czym sie chwalic, bo nie ma nic przeciez bardziej geekowego niz katowanie starych przygodowek. no coz, trza bylo jakos spozytkowac ta troszke wieksza porcje wolnego czasu.

przy okazji jednak – tu juz zmierzamy powoli do pogadaniny o meritum, Muzyce czyli – z nie tylko smutkiem, co wrecz przerazeniem stwierdzam, ze NIE DA sie byc na biezaco z muzyka. za duzo tego, po prostu. przestalem wierzyc we wszelkie rankingi i tym podobne bzdury, zwlaszcza te umieszczane na prywatnych czy tez amatorskich sajtach. nie da sie, jesli tez chce w planie dnia uwzglednic podstawowe czynnosci fizjologiczne, nie mowiac juz o bardziej wyszukanych rozrywkach. nie da sie tez, jesli chce sie grac fairplay. niestety, w ostatnim czasie moj torrentowy kombajn rozkrecil sie jak nigdy wczesniej. przyjalem jednak przy tworzeniu tego bloga byc moze dziwaczna zasade pisania tylko o oryginalnych plytach, co w pewnym momencie okazalo sie zbawienne wrecz.

inna sprawa, ze zdecydowana wiekszosc przesluchanych plyt to byly rzeczy sprzed 2009 roku. i, szczerze mowiac, niespecjalnie zaluje. srednio ciekawie jest w muzyce ostatnimi czasy. a juz zupelnie niewykonalnym dla mnie byloby wymienienie najlepszych plyt tego roku. bo dobrze byloby, gdyby najlepsze plyty roku naprawde poruszaly, co nie? ano w moim przypadku nic takiego sie nie zdarzylo. a gdyby ograniczac sie tylko do tych oryginalnych/legalnych plyt z tego roku, ktore tu zrecenzowalem, to bylaby totalna tragedia. okej, milo ze pearl jam i hey wrocili do formy, a warszafski deszcz znow pojawil sie w grze (chocby na chwile), ale zeby Plyty Roku? traciloby herezja. gdy tak patrze na omowione tutaj wydawnictwa z 2009 roku, to na wyroznienie zasluguje jedynie… „Revolver”. i dlatego tym samym oficjalnie uznaje remastery The Beatles za wydarzenie roku.

jeszcze mniej mam do powiedzenia w temacie koncertow i kinematografii. i tez nie zaluje takiego obrotu spraw. z filmami zawsze na bakier bylem. natomiast w temacie koncertow swoje zrobilem, wystarczy spojrzec do archiwum. juz mnie ten temat absolutnie nie rajcuje, choc – jak to mawiaja – nigdy nie mow nigdy. mimo wszystko staram sie kontrolowac co sie dzieje na rynku koncertowym i choc wystep Faith No More na Openerze (nie wybaczylbym sobie, gdybym sobie odpuscil) byl dla mnie Koncertem Roku (tym bardziej, ze konkurencji doslownie brak, heh), to nie odwazylbym sie na stwierdzenie, ze przyjazd ekipy Pattona byl najlepszym, co spotkalo w tym roku nasza branze eventowa. co tu duzo mowic – naprawde da sie wreszcze odczuc, ze jestesmy nie tylko w Europie, ale chyba nawet w kosmosie. choc cos przykro malo (nie wliczajac festiwalowych wystepow) przyjezdza do nas reprezentantow hiphopu, szczegolnie mainstreamowego.

tyle jesli o rok ubiegly. w tytule notki jest jeszcze mowa o dekadzie, ale chyba wymiekam, by cos sensownego w tym temacie powiedziec. no bo ze jak, mialbym pisac o tym, jak to poszedlem najpierw do liceum, a potem na studia, i co z tego wyniknelo? paranoja. natomiast jesli chodzi o dekade w muzyce, to tez z sensowna wypowiedzia moze byc slabo. tym bardziej, ze byc moze za wczesnie i dystansu trza nabrac. a poza tym, tak jak wspomnialem wczesniej: ZA DUZO TEGO BYLO.

nie wiem, moze jakies kryteria przyjac, ograniczenia, cokolwiek? a moze po prostu spisac luzne, pierwsze przychodzace na mysl refleksje? o, dobry trop. jedziemy wiec:

1. rock is dead, jednak. to najwazniejsze. i bardzo dobrze! tym bardziej, ze nie chodzi o to, ze nikt juz nie chwyta za gitary, a o wzmacniaczach juz ucza tylko w podrecznikach historii. nie. rzecz w tym, ze wreszcie umarl etos rocka jako muzyki TEJ JEDYNEJ prawdziwej, najwazniejszej, zdolnej do pokonania wstretnego popu. w takie rzeczy juz wierza tylko coponiektore polskie miesieczniki muzyczne. zacieranie granic miedzygatunkowych to juz nie tylko laczenie rapu z metalem, a powazki z italo disco. popowo brzmiacy animal collective ma w sobie wiecej alternatywnego wyrafinowania niz 99% punk rocka, niejeden wykonawca hiphopowy czy elektroniczny ma w sobie wiecej jaj i tresci niz wynalazki z post-grandzowego kregu chociazby (nawet stricte mainstreamowcy pokroju eminema czy rip-offcy the prodigy z pendulum). nie chce dyskredytowac rocka jako gatunku – wciaz mam slabosc do przesterowanej gitary (choc, nomen omen, coraz slabsza). chodzi mi tylko o okazanie radosci z tego, ze coraz wiecej ludzi slucha Muzyki. ze jest w stanie docenic jednoczesnie rockowa energie, popowa produkcje i alternatywny klimat. ze elektronika to juz nie tylko „lupanina z niemieckiej Vivy”, a hiphop to nie tylko menelsko-gangsterski wyziew, nie majacy nic wspolnego z muzyka. nie ma nic bardziej przykrego niz spotkac czlowieka wciaz wierzacego w takie schematy i sluchajacego tylko jednego gatunku muzycznego.

2. niestety, jest i druga strona medalu. z powyzszego wynika, ze ludzie sa coraz bardziej osluchani. ale czy rzeczywiscie tak jest? tu znow trzebaby wspomniec o problemie nadmiaru muzyki, ale i sami wielbiciele Muzyki dokladaja swoje do problemu. wynalazki pokroju Last.fm czy Rate Your Music sa fajne, sam korzystam z tego pierwszego. niestety coraz czesciej mozna odniesc wrazenie, ze ludziom w sluchaniu muzyki chodzi bardziej o pozniejsze jej skatalogowanie, scrobblowanie, zrate’owanie niz autentyczne przezywanie. mam (sciagnalem…), przesluchalem, odnotowalem co trzeba w internecie, nastepny prosze. byc moze to za daleko idacy wniosek, ale w kontekscie powyzszego nie dziwi, ze w koncowce dekady coraz wieksza popularnoscia cieszyla sie instytucja „guilty pleasure”, wynalazki pokroju Lady Gaga. kto by teraz mial czas na polubienie sie z calym longplejem, na stopniowe przekonywanie sie do niego?

3. skoro zahaczylismy o temat muzyki w internecie, to musza pasc jeszcze nazwy dwoch – powiedzmy to glosno – GENIALNYCH wynalazkow. czyli youtube, ktory ostatecznie dobil instytucje telewizji muzycznych (ktore same sobie poderznely gardla wczesniej programami typu „Date My Mom, Rape My Dog”) oraz MySpace, dzieki ktoremi dotarcie artysty do sluchacza ulatwilo sie kilkusetkrotnie. oczywiscie jest i druga, znacznie brzydsza strona medalu web 2.0, nie zwiazana z Muzyka, ale o tym pewnie kto inny napisze

4. wszystko fajnie, tyle ze dotychczas to my chyba piszemy o odbiorze muzyki w poprzedniej dekadzie, a nie o samej muzyce. a tutaj to juz bywalo roznie. za duzo tego bylo by skrobnac cos bardziej rzeczowego (plus – nie chce mi sie jeszcze bardziej rozpisywac), wiec tak na luzie, ograniczajac sie do tego co widoczne golym okiem. a najwidoczniejsze bylo to, ze ta dekada nie stala jakimis brand new nurtami muzycznymi. albo inaczej – nie takimi, ktore zwojowalyby caly swiat, widziany przez pryzmat list sprzedazy i obecnosci w niewyspecjalizowanych mediach. szeroko pojeta elektronika, na moj gust najbardziej przyszlosciowy gatunek (nie aby mnie to az tak cieszylo, moze nawet wrecz przeciwnie, ale fakt odnotowac trzeba), nie stalo sie nowym grunge’m, numetalem, southern hiphopem, eurodance’m. dubstep czy freak folk to terminy wciaz absolutnie nic nie mowiace przecietnemu zjadaczowi chleba, ktory z muzyka stya sie od swieta. emo kojarzy sie juz tylko ze smiesznym imidzem, a jesli juz z gatunkiem muzycznym, to glownie w tej wynaturzonej formie pokroju FOB czy MCR. historia tak zwanej nowej rockowej rewolucji skonczyla sie tak jak kazda rewolucja. choc nie powiem – przyniosla z soba pare naprawde interesujacych kapel, zmiotla z powierzchni zbiorowej swiadomosci sluchaczy przybierajace coraz bardziej kuriozalne formy gatunki pokroju numetalu czy postgrunge’u, a i, co najwazniejsze, otworzyla glowy na znacznie ciekawsze zjawiska w muzyce, zarowno terazniejszej jak i przeszlej. innymi slowy – wydaje mi sie, ze wiecej ludzi siegnelo po velvet underground, joy division, radiohead czy the beatles nawet dzieki the strokes niz linkin park. i fajnie, historie muzyki znac trzeba.

co dalej? tak jak powiedzialem – nie mam watpliwosci, ze juz za niedlugo Elektronika stanie sie Nowym Rockiem (niefortunny termin, ale mam nadzieje ze wiecie what I mean), nie tylko dla tej dekady, ale moze nawet i stulecia. zreszta, juz teraz niektore gatunki (hiphop chociazby) maja coraz wiecej wspolnego z syntetykami niz tzw zywym graniem. zegnajcie ograniczone liczba strun gitary, witajcie przepotezne komputery. z drugiej jednak strony – byc moze duch garazowego jamowania i zbiorowego pocenia/obijania sie na koncertach jeszcze dlugo nie zginie. i w sumie to nawet dodam: OBY.

Leave a Reply