Red Smoke Festival 2025
gdzie: Pleszew
kto: Kadavar, Monolord, Brant Bjork Trio i inni
Nie trzeba być koncertowym obieżyświatem bądź muzycznym ekspertem by domyślać się, że polska scena festiwalowa nie kończy się na Open’erze, Mysticu czy Offie. Ba, nie kończy się nawet na tych wszystkich festach, które może nie mają w line-upie zagranicznych wykonawców, ale wciąż ich działalność jest w jakimś stopniu ukierunkowana zarobkowo i towarzyszy im pełen brandingowy pakiet – sponsorów, patronatów, partnerów biznesowych etc. Ale jest też cała nisza festiwali które nawet nie do końca spełniają warunki imprezy masowej – kameralne eventy, tworzone przez zajawkowiczów dla zajawkowiczów. Takich jak Red Smoke Festival.
Oczywiście gdyby zastosować kryteria oceny te same co dla innych festiwali to na pewno można by znaleźć powody do narzekania. A to na skromną ofertę gastronomiczną. A to na pomysł płacenia tokenami, które te można nabyć na terenie festiwalu wyłącznie drogą gotówkową. Ale w tym wypadku zbrodnią byłoby wytykanie takich rzeczy – zresztą mówimy o festiwalu na max tysiąc osób, więc zachowajmy skalę i rozsądek. I zachwalajmy. Bo w dzisiejszych czasach, gdzie niektórzy organizatorzy wciąż nie pozbierali się po lockdownowych czasach, to że taki Red Smoke Festival nie tylko istnieje, ale świętuje 10-lecie, zakrawa na cud. Biorąc pod uwagę, że ukierunkowana jest na gatunek muzyczny, który jest niszowy nawet w skali muzyki gitarowej. Czyli szeroko pojęty stoner rock/metal.
W poniższym podsumowaniu pomijam (z drobnym wyjątkiem) wydarzenia z drugiej sceny, umieszczonej na polu namiotowym. Niestety człowiek ma, zwłaszcza w moim wieku, ograniczone moce przerobowe – a na Camp Stage koncerty trwały już od wczesnych godzin popołudniowych, a kończyły się grubo po północy. Zatem przez trzy festiwalowe dni meldowałem się w okolicach godziny 15-tej pod Main Stage – który w praktyce był amfiteatrową sceną z miejscami siedzącymi. Ktoś by powiedział że tego typu okoliczności typu festiwal w Opolu nie pasują do rocka, zwłaszcza w tak niszowej odmianie. Ale to nieprawda, dzięki temu całość miała jeszcze bardziej kameralny, wręcz rodzinny klimat. Nie mówiąc już o tym, że mówimy o dźwiękach które niekoniecznie prowokują do pogowania czy crowd-surfingu (choć było kilku entuzjastów tego typu zabawy), a przede wszystkim relaksują i stymulują, zwłaszcza w stanie… No, nazwa w jakimś stopniu zobowiązuję.
Not gonna lie, z absolutną większością zespołów zetknąłem się po raz pierwszy – i nie mam na myśli samej muzyki, co świadomość istnienia tych kapel. Dlatego tym razem podaruję sobie konteksty historyczne bądź osobiste, a pokrótce skupię się na samych dźwiękach, Tym bardziej że mam przypuszczenie, że Wam te nazwy mogą mówić jeszcze mniej i moje wywody niewiele w tej kwestii zmienią. Bez żadnego mieszania, lecimy stricte chronologicznie.
Dzień 1
Taraban – zaczynamy polską reprezentacją. Stoner w wersji bliższej klasycznego hard rocka. Slot niewdzięczny, bo nie tylko wczesna pora ale też i pogoda pod psem, a mimo to dali radę, było widać że spora część osób publiki należała do fanbazy. Bardzo przyzwoity występ.
Bikini Beach – nie chce mi się liczyć jak daleko jest z Berlina do Seattle, ale dla Bikini Beach ewidentnie można liczyć tę odległość w rzutach beretami. Przy czym mówiąc „Seattle” mam na myśli tę najbardziej punkową, Sub Popową odmianę – Mudhoney, wczesna Nirvana etc. Świetny koncert, nawet jeśli duchowo bliższy Offowi.
Full Earth – Norwegowie wskoczyli do line-upu awaryjnie i wykorzystali okazję w 100 procetach. To jest dokładnie to co chciałem usłyszeć na takim festiwalu – instrumentalne grańsko oparte na analogowej mocy gitar i epokowych klawiszy. Stoner taki że aż czułem piach w oczach. Wspaniałe.
Sunnata – nie abym uważał z założenia lokalne zespoły za gorsze, ale przyznam że początkowo byłem zaskoczony tak wysoką pozycją Warszawiaków w line-upie. No cóż, głupi byłem. Bo mówimy być może o najlepszym koncercie dnia. Są różne percepcje koncertów – okazją do wyskakania się, wykrzyczenia, zadumy, można wymieniać długo. Dla mnie osobiście koncert który ma już znamiona misterium, obrzędu jakiegoś, jest najwyższą formą sztuki koncertowej. A nie potrzebowali ku temu nic specjalnego – gdy grali wciąż było widno, w żadne przebieranki też się nie bawili. Wystarczyła sama muzyka. Panowie, macie nowego fana.
Brant Bjork Trio – jak te losy muzyków Kyussa ciekawie się potoczyły. Mastermind projektu, Josh Homme, już od ćwierć wieku buja się po największych scenach świata z Queens Of The Stone Age. Gorzej poszło Głosowi zespołu, Johnowi Garcii, którego widziałem dwa razy w pomniejszych klubach najpierw Wrocławia a potem Warszawy, przy obu okazjach bezwstydnie opierającego się na repertuarze macierzystego bandu. No a teraz mamy Branta Bjorka, grającego w, nie obrażając tej uroczej mieściny, Pleszewie. Wydaje się jednak, że byłemu perkusiście Kyussa absolutnie ta sytuacja nie przeszkadza. Widać było ewidentną radość grania, co ważne – przede wszystkim solowego materiału, z lat post-Kyussowych. A że w sporej mierze brzmiącego jak wczesne QOTSA? To akurat komplement, bo ja uwielbiam tamten sound.
Kannabinoid – o ile już Sunnata miała metalowe ryknięcie, to w przypadku estońskiego tria można mówić o pełnym pierdolnięciu, przynajmniej na poziomie wokali. Bo muzycznie to różnie bywało – obok dokładania do pieca sporo było też robienia atmosfery. Bardzo dobrze to weszło, nawet jeśli nie jestem pewien czy w warunkach domowych nie byłoby to dla mnie too much.
Red Scalp – czyli tzw. secret gig dnia pierwszego. Lubię tego typu inicjatywy niespodziankowe – o ile pewnie w przypadku komercyjnych przedsięwzięć typu Open’er nie za bardzo by się sprawdziły, tak przy tak sprofilowanych eventach jak Red Smoke tylko podkręca unikalność całości wydarzenia. A widać było, że sporo osób oczekiwało tego zespołu. I nie bez powodu – kolejna porcja stonerowego odlotu, nawet jeśli za wokale odpowiadały aż dwie osoby – ale w obu przypadkach spełniające funkcję dodatkowego instrumentu.
Dzień 2
Tet – ehhh. Co do zasady staram się nie pisać tu o lokalnych zespołach, zwłaszcza tworzonych przez osoby mi znane prywatnie. Bo nawet jeśli osoby czytającego tego bloga można zliczyć na palcach jednej ręki, to nie chciałbym robić komukolwiek krzywdy negatywną opinią – zakładam, że to „rynek” zweryfikuje jakość (czy też „przydatność”, którą łatwiej obiektywnie zmierzyć) takiego zespołu. Zatem powiem tylko, że Tet zupełnie do mnie nie trafił. Może instrumentalnie nie było tak źle, ale wokale… No nie mój vibe. Ale jeśli panowie wierzą w to co robią to szczerze życzę by znaleźli swych odbiorców.
Daevar – niestety już drugi zespół miał pokazać, że drugi dzień Red Smoke’a będzie dniem najsłabszym. Nie żeby sam Daevar był ewidentnie złym zespołem. Po prostu zupełnie zapomniałem co grali i musiałem posiłkować się Instagramem i Spotify’em przy pisaniu tych słów. I w sumie ten ich doom grunge nie brzmi tak źle. Może okoliczności nie pomogły?
Slomatics – i znów – jest ciężko, przyjemnie, tylko jak dla mnie zupełnie bez większego wyrazu. Może wrzuceni w line-up innego dnia czy innego festiwalu by się bronili, tu dla mnie wleciało jednym uchem a wyleciało drugim.
Sacri Monti – więcej klasycznego grania… i tyle właściwie co jestem w stanie powiedzieć o tym koncercie.
Monolord – oooooooo, wreszcie konkrecik. No ale mówimy o jednej z „gwiazd” festiwalu. Ciężki i powolny jak smoła sound, nawiedzone wokale, no pychota, po prostu.
Ixzhilion – najpierw zrazili trochę pretensjonalnymi, kosmicznymi kostiumami, po czym się okazało że ma to sens – bo rzeczywiście panowie zabrali nas w przestworza. Bardzo ładne rozbrykanie instrumentalne, z chóralnymi zaśpiewami, ale jak trzeba było to tulili do snu. Bardzo fajne.
Hermopolis – jedyny koncert jaki widziałem na camp stage i zarazem secret gig drugiego dnia. Muzyka? Jednym słowem: DOOM. Przyjemne.
Dzień 3
Pult – najlepszy z trzech „open’erów” festiwalu. Instrumetalne granie, bardziej trącące Allmanami czy Santaną niż Kyussem czy Blach Sabbath. Bardzo na tak.
To Yo – czarny koń festiwalu? Biorąc pod uwagę że Japończycy występowali w pełnym słońcu a grali tak jakby właśnie kończyli headlinerski set to coś jest na rzeczy. Czysty odlot!
Goblin Smoker – a tu z kolei najlepsza nazwa festiwalu. Ale też i chyba najcięższy zespół całej edycji. Blackowy skrzek, metalowe łojenie spowolnione do granic możliwości – nie wiem czy będę słuchał w domu, prawdopodobnie nie, ale na okoliczności festiwalu weszło jak nóż w masło.
Scott Hepple and the Sun Band – przenosimy się kilka dekad wstecz, do epoki hippisów. Chociaż gdyby ktoś powiązał z indie sceną początku 21 wieku to pewnie by tę tezę wybronił. Przyjemne.
Kadavar – co znaczą okoliczności! Niemców widziałem rok temu na Mysticu i choć na tamten moment zrobili na mnie dobre wrażenie, to nie mogę powiedzieć bym po kilku dniach cokolwiek z ich koncertu zapamiętał. A tu proszę – wystąpili jako gwiazda, wyglądali jak gwiazdy i wymietli jak na gwiazdy przystało, aż człowiek zapomniał że leje jak z cebra. Są ryby, które po prostu potrzebują mniejszego stawu.
Elephant Tree – czy było to jakieś wyróżniające się granie? Nie jestem przekonany, ale jako zamykacz festiwalu sprawiło się wybornie, co zresztą potwierdziła reakcja publiki.
To co, widzimy się za rok?